Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Sob Lip 12, 2014 7:20 pm

Miejsce: Nowy Swiat
Uczestnicy: aztek!chibi!Meksyk, indianin!chibi!Ameryka (ze względu na realia)
Czas: XV wiek
Typ: zamknięta (chyba, że wbije bóg Meksyku Hiszpan)


Dawno, dawno, dawno temu świat nie był jeszcze tak skażony i wyeksploatowany jak dzisiaj. Większość ludności skupiała się wokół malutkich kręgów cywilizacyjnych nie utrzymując praktycznie kontaktów z nikim spoza własnego kółka wzajemnej adoracji. Praktycznie najważniejszą kulturą świata tych czasów była tak zwana Europejska. Zamknięte grono mieszanki różnych państw między którymi sytuacja była tak burzliwa, że nie było nawet stu lat spokoju między nimi. Istniały również cywilizacje Orientu czy Dalekiego Wschodu, jednak zwykle były one marginalizowane do dalekich krain z których zwożono towary, czy gdzie zapuszczali się najśmielsi odkrywcy.
Szybko jednak ciągłe wojny i trzymanie królewskich tyłków w Europie przestało być ciekawym zajęciem dla krajów Europejskich. Niektórzy z nich zapragnęli zwiedzić świat, odkryć nowe lądy... i tak rozpoczęto podróże morskie, które miały zmienić na zawsze sposób patrzenia na świat i rozpocząć nową erę w dziejach ludzkości.
Wyprawy zamorskie odkryły bowiem Nowy Świat - ląd nieznany dotąd Europejczykom, ziemie dzikie, obfitujące często w roślinność i zwierzynę o której nawet nie śnili w starej, zniszczonej Europie. Odkryto też nowe ludy, zadziwiające przybyszów swoim wyglądem i tradycjami. Kolonizatorzy niczym bohaterowie odkrywali kolejne kawałki lądu, bratali się lub walczyli z dzikimi ludami i przywodzili do swych ojczyzn cuda-dziwy z Nowego Świata. Tak właśnie Europa otwarła czystą księgę i zaczęła tworzyć historię Nowego Świata, którego później nazwano Ameryką.
Ale Europejczycy nie wiedzieli, że owa Ameryka swoją historię rozpoczęła na długo przed przybyciem pierwszych statków pełnych Hiszpanów, Włochów, Hollendrów czy Anglików. Europejczycy nie potrafili zrozumieć, że nie odkryli wcale Nowego Świata - oni po prostu przybyli do miejsca, które już istniało, zostało stworzone nim na ziemi w ogóle pojawił się człowiek, które stało się domem dla różnych stworzeń i ludzi podobnych do nich. Tak drodzy państwo, Ameryka bowiem istniała przed Europejczykami, Indianie żyli pielęgnując swoją kulturę i naturę rozległych terenów dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, Aztekowie wnosili świątynie i składali ofiary wśród spalonych słońcem pustyń Meksyku, a Majowie i inne ludy krzewili własne tradycje pośród dżungli południa. Przed przybyciem Europejczyków na tych ziemiach, tak samo jak i w Europie czy Azji, rodziły się i umierały kraje. I bzdurą by było powiedzieć, że wszystkie kraje Nowego Świata nie znały niczego poza własnym nosem i Europejczykami, którzy ich podbili. Państwa te utrzymywały ze sobą kontakty, nie raz się spotykały, słowem - żyli tak, jakby to cała ta Europejska zgraja nie istniała, a świat kończył się na morzach okalających całe dwa wielkie kontynenty.


Młody Alfred również żył nim jakikolwiek Europejczyk postawił nogę na jego ziemi. Oczywiście narodził się i wołany był nie jako Alfred lecz Ayelen, Aylen bądź Ailen, co w języku Indian znaczyło tyle co 'szczęście'. Wszak młody Ameryka był ich szczęściem, każdy człowiek żyjący wśród stepów, pustyń, lasów i łąk tych terenów utożsamiał się z nim, i chodź chłopak odbiegał od nich urodą, chętnie go przyjmował i wychowywał niczym własne dziecko. A młody Alfie, czy tam Ayelen mógł dowolnie żyć w słodkiej dziczy Ameryki. Oczywiście nie można powiedzieć, że przed takim chociażby Anglią nie znał nikogo mu podobnego. Wszak na północy miał brata, z którym często spędzał czas, a na południu niejednokrotnie zakradał się w Azteckie tereny umilając życie swojemu sąsiadowi. Wszak czy ktoś oparłby się małemu uroczemu dziecku? Przecież to nawet nie był pełnoprawny kraj, jeno uosobienie jedności i wspólnoty rdzennych Amerykanów, które czekało dopiero na rozpoczęcie swojego prawdziwego istnienia.


Tego dnia mały również zawędrował zbyt daleko, wchodząc już na tereny swojego sąsiada. Niepewny, buszując wśród roślinności czekał tylko, aż znajdzie jakieś ślady ludzkiej działalności. Jednocześnie oczywiście liczył, iż akurat nie odbywa się żadne święto składania ofiar z dzieci czy coś podobnego. Dlaczego tak bardzo pchał się na tereny, gdzie groziło mu niebezpieczeństwo zostania kolejną ofiarą dla huehue...jakiegoś-tam boga bez głowy, nóg, z pięciorgiem oczu i azteckimi wzorkami? Otóż miał ważną wieść dla swojego kolegi! Ważną, niecierpiącą zwłoki! Taką, że nie wiadomo, czy życie na ziemi w ogóle nie przestanie istnie... A nie, życie przestanie istnieć w 2012, to Aztek już dawno wiedział.. No ale mogła nieźle namieszać!
Przebierał więc nóżkami przedzierając się przez kolejne rośliny... Ale nim do czegokolwiek dojdzie, wpierw zatrzymajmy się na jego wyglądzie - jak już było wspomniane, młody wyglądał trochę inaczej niż reszta jego pobratymców, miał bowiem jaśniejsze, bardziej brązowawe włoski, jasne oczy, a jego cera nie do końca była tak ciemna, a bardziej mieniła się bielą. Nie wyglądał oczywiście jak 100% Europejczyk wtedy, skądże znowu! Raczej dopiero się przemieniał z Indiańskiego chłopca w urocze nocne marzenie Arthura. Co zaś się tyczyło jego ubioru to też trzeba zapomnieć było o jasnych szmatkach, do nich jeszcze była daleka droga i parę ładnych lat nim osiedlą się kolonizatorzy - aktualnie mały chłoptaś biegał przepasany kawałkiem szmatki niczym Indianin, w ręcznie robionych bucikach ze skóry, z przepaską na włosach z której wystawały indycze piórka i namalowanymi kreskami - po parze na każdym policzku. Wszak żył wśród Indian, oni go ubierali i dbali o niego, jak inaczej mógł się nosić?

W końcu dotarł do celu swojej wędrówki - miasto Azteków, pierwszy etap zaliczony! Teraz tylko wystarczyło mu przez nie przejść, nie dać się złapać, nie dać się złożyć w ofierze, nie przyciągać zbytniej uwagi i znaleźć swojego południowego sąsiada. Powinno pójść gładko!

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Sob Lip 12, 2014 10:34 pm

A teraz odpisze ci jednym zdaniem. *^*
Nah.

Gdyby ktos powiedzial temu chlopakowi, ze juz niedlugo podporzadkuje go sobie gosc z armia liczaca 800 dusz, prawdopodobnie skonczylby na kamieniu ofiarnym, pozbawiony serca w mozliwie najbolesniejszy sposob, a mlody Aztek osobiscie dokonalby tejze egzekucji z poblazliwym usmiechem na twarzy. Doprawdy, tylko szaleniec moglby zasugerowac wyzszosc niespelna tysiaca nad armia, ktora panowala tu, w Tenochtitlanie i sasiednich, podleglych mu miastach. Armia liczaca kilkaset tysiecy gotowych na smierc wojownikow. Takiego imperium nie sposob nawet zadrapac.
Tenochtitlan byl czyms w rodzaju najwazniejszego organu calego tego imperium. Wszystkie miasta byly od niego zalezne - niewazne, czy im sie to podobalo, czy nie. Tutaj najczesciej przebywala personifikacja, jedynie czasem przemykajac miedzy sciezkami pozostalych miast. Rzec, ze nie byl mile widziany wsrod innych ludow, to rzec malo. Wiekszosc z ludzi, ktorzy byli mu podporzadkowani, przy pierwszej okazji schwytalaby go i w mniej lub bardziej spektakularny sposob pozbawila serca i zywota. Coz, kilka razy mial te nieprzyjemnosc uczestniczenia w obrzedach ofiarnych poza rodzimym Tenochtotlanem. Z kazda kolejna przygoda i respawnem w domu coraz bardziej zdawal sobie sprawe z tego, ze potega jego ludu - jego potega - zamknela go w pieknej, przestronnej klatce o zawsze uchylonych drzwiczkach. A ilekroc probowal ja opuscic, zwiedzic swiat za srebrnymi kratami, to chocby skradal sie z najwyzsza uwaga i poszanowaniem ciszy absolutnej, predzej czy pozniej dopadaly go dzikie koty, cierpliwie czekajaca na zewnatrz. Zawsze. Zawsze jakos go rozpoznawali. Nie wyroznial sie specjalnie wsrod tlumu - szczuply, czarnooki siedmio-, moze osmiolatek; dziecko jak kazde inne. Ale za kazdym razem rozpoznawali w nim personifikacje. Dlaczego? Moze to ludzka intuicja. Co prawda blizny po wielokrotnych cieciach na piersi przyciagaly spojrzenia - zrozumieliby, gdyby byly to dwie, trzy kreski; ale nie taka ich mnogosc, nachodzaca na siebie i wygladajaca na regularne i wielokrotnie zadawane przez wiele lat - jednakze moglby nawet zakryc nieszczesne cialko, a oni i tak spogladaliby nieufnie.
Pal ich szesc, predzej czy pozniej kazdy z nich skonczy jako ofiara. Robil sie, choc powoli, coraz starszy i coraz mniejszym zainteresowaniem darzyl mozliwosc wycieczki 'za granice'. Wolal spedzac czas tam, gdzie traktuja go z nalezytym szacunkiem i tam, gdzie wzywaja go obowiazki. Maly, zadufany w sobie Aztek nie mogl pojac, dlaczego podbite ludy nie ciesza sie, ze nimi rzadzi. Poslalby wszystkich do nieba, gdyby mogl, a kolibry i motyle dzwigajace ich dusze zerwalby z plachty nieba tak, jak bogowie stracaja z nocnego nieba gwiazdy. Czy mlody czul sie jak bog stapajacy po ziemi? Moze nie byl az takim lalusiem, ale egoizmu bylo w nim duzo. Na pewno uwazal sie za leszego od innych. Dwa razy nawet dostapil chwaly krolewskiej, kiedy to przez caly rok traktowany byl z najwyzsza czcia przez wszystkich pobratymcow, do dyspozycji majac wszystkie z mozliwych ziemskich uciech, by przed zaplanowanym na koniec obrzedzie wyszalec sie wedle uznania. Mlody, skoro mogl, to korzystal. Poki mogl. A potem i tak zawsze dochodzil do siebie, stad tez okazywany mu szacunek i respekt byly znacznie wieksze niz niz ten, jakiego mogl oczekiwac normalny smiertelnik. Stad jego egoizm jedynie sie nasilal, bo Aztek coraz bardziej przekonany byl o swojej potedze, nadludzkosci lub wrecz... boskosci.

Skonczmy z tym. Tak naprawde nikogo nie obchodzi poziom egoizmu trawiacego umysl i niespokojnego o wlasny puls serca tego chlopiecia. Bardziej na miejscu byloby nadanie mu imienia. Chlopak ten, dumna personifikacja azteckiego imperium, zwal sie Xochipilli. Podobnie jak w przypadku polnocnego mlodzika, rowniez i jego imie mialo znaczenie. Uwaga, prosze zachowac spokoj... Przed panstwem Kwietny Ksiaze. Tak, zgadza sie. Zanim pozwolicie sobie na nieodpowiednia uwage odnosnie malo meskiego wydzwieku tego imienia, pozwolcie sobie cos wyjasnic. Nie chodzi tu o kwiaty jako takie, a wojny kwietne, odbywane tu regularnie ku chwale bostw oczekujacych ofiar z jencow wojennych. Xochipilli byl wielkim milosnikiem tego wydarzenia, to imie pasowalo zatem do jego duszyczki doskonale. Maly, krwawy ksiaze. Obiecal sobie w doroslosci wziac udzial w takiej wojnie. Doroslosci, ktorej niestety w tym wcieleniu nie mial sie doczekac.

A dzis postanowil przejsc sie po Tenochtitlanie. Pozwiedzac dobrze znane mu okolice. A nuz wydarzy sie cos niezwyklego lub chociaz milego. Gdzies w tle, na dalekim planie, ktos pewnie wlasnie pod postacia znekanej duszy opuszczal swe splamione szkarlatem cialo przez plujaca krwia rane na piersi, zadana przez ostrze kaplanskiego nozyka; mial to gdzies. Nie mial dzis ochoty na babranie sie w cudzych wnetrznosciach.
A...! Los napisal mu dzis szczegolny scenariusz. Oto bowiem dostrzegl kogos, kogo zdecydowanie sie nie spodziewal w swoim domi. Oto bowiem w jego polu widzenia znalazl sie mlodszy i nizszy nieco chlopach wyrozniajacy sie wsrod mieszkancow wygladem. Jesli nie jestes dzieciakiem, ktory postanowil bawic sie w Quetzalkoatla, to wiem, kim jestes, pomyslal, usmiechajac sie krzywo sam do siebie. Widzial tego chlopaka parokrotnie Nigdy nie przywiazywal do niego zbyt duzej wagi. Moze kiedys, gdy byl mlodszy, mial ochote na zabawe z kims, kto wygladal tak cudacznie. Teraz jednak uwazal sie za na tyle dojrzalego, by zabawy zamienic na obowiazki. Ale nie byla to chec bycia naprawde dojrzalym, nie ludzcie sie; jedynie proba niemego okrzyku: hej, patrzcie, jaki jestem dorosly i zaradny! Chwalcie mnie!
- Hej - zawolal, wykonujac oszczedny ruch reka ku gorze - takie niedbale powitanie choloty przez szlachte. Niech cieszy sie zwrocona na niego uwaga. Potem zaplotl rece na piersi i stanal niemal na bacznosc, by nadac sobie powagi. - Co tu robisz?
Oczywiscie Indianin nie musial sie obawiac, ze za chwile zza roku wyskocza uzbrojeni w noze kaplani, ktprzy przerobia go na krwawa mase. Nie, Aztekowie nie byli az tak zli i niecywilizowani. Ale Xochiilli, mlod ksiaze krwi i egoizmu, pragnal, by ten tak myslal. Niech drzy na widok jego bezwzglednosci i potegi. Dzieciece zapedy w byciu lepszym od reszty.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Sob Lip 12, 2014 11:18 pm

Niestety młody Aztek nie przewidział jednej rzeczy - jego młodszy północny sąsiad niestety zbyt wielkim rozumiem nie grzeszył, raczej był przystosowany do życia na poziomie 'wstań rano, pogoń zwierzaki, zbieraj rośliny, ciesz się życiem, oh jakim jesteś uroczym chłopczykiem!' Bowiem należało zwrócić uwagę na jedną, maluczką różnicę pomiędzy nim, a Aztekiem. Podczas gdy Xochipilli, czy jak mu tam było, miał w miarę ogarnięty kraj, cywilizację, kulturę, własne wierzenia, naukę, no niewolników cuda na kiju, Ayelen składał się z wiosek indiańskich, którzy nigdy nie stworzyli ani jednego miasta, nigdy nikogo nie podbili, wierzyli w naturę niczym lud pierwotny, a swój rozwój zatrzymali na umiejętności zrobienia dzidy z patyka i kamienia czy lepieniu małych śmiesznych figurek. Najwyraźniej czas chwały dla Ayelena miał dopiero przybyć wraz z europejską zarazą, statkami które miały przywieźć mu skażony angielskością ROZWÓJ.

Tak czy inaczej, niezbyt rozwinięty chłopak nie mógł całkowicie być świadom zagrożenia jakie mogło nieść ze sobą przebywanie na terytorium innego państwa? Ludu? Cywilizacji? Tego, co właściwie Aztekowie tworzyli. Dla niego świat był prosty - musi podzielić się informacją z Xochelką Xochipilli, to idzie do niego. A, że go coś może po drodze dorwać, zjeść, zamordować i złożyć w ofierze to już umknęło dziecięcemu umysłowi.

Na szczęście tym razem wyszedł bez żadnych uszkodzeń z podróży. Cały i zdrowy. Ah, co to by była strata dla świata, gdyby go zabrakło! Bez demokracji, coca-coli, lotów na księżyc i internetu świat byłby mdły, smutny, bez otyłych i pewnie komunistyczny... A-Ale nie o tym wszak miała być ta historia!
Młody Ailen przeżywszy swoją wędrówkę dostał to, czego pragnął - odnalazł bowiem Azteka.. Albo dokładniej mówiąc - to Aztek odnalazł jego. Z dziecięcą radością podbiegł więc do sąsiada tak szybko, że ledwo było ujrzeć jak mu się piórka przy włosach zatrzęsły. Czemu zrobił tak szybko wszystko? Ano temu, żeby się na Azteka po prostu rzucić. A co tam, najwyżej poleci na ziemię, mała strata będzie.
-Mam dla Ciebie wiadomość! Pilną! Niecierpiącą zwłoki! -Zaraz.. Czy używanie słowa 'zwłoki' przy Azteku jest rozsądną rzeczą? -Sam wódz nawet nie wie, co uczynić, a ja wiem, że może się znać będziesz i pomożesz.
Tak Ailen, jesteś mądry - jak nie wiesz co robisz to najlepiej lecieć do bardziej doświadczonego, starszego psychopaty kolegi.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Nie Lip 13, 2014 12:23 am

Doprawdy...! Co za szczeniak z tego chlopaka, jaki niewychowany i-
Tu mniej wiecej potok mysli Azteka zostal przerwamy przez atak blondyna. Nie spodziewal sie tego - byl przekonany, ze dzieciak zatrzyma sie, gdy aura azteckiej wspanialosci zacznie wypalac mu mozg. "Bezmozg" - taki byl osobisty wniosek Xochipilliego tuz po tym, jak dwojka zderzyla sie ze soba. Ublizal mu w myslach alej, probujac zachowac choc rownowage, skoro honor poszedl precz. Strefa prywatna zostala naruszona. Ale za sprawa jakiejs boskiej opatrznosci udalo mu sie pozostac w pozycji pionowej, do jakiej doprowadzila ich ewolucja, ktora ominela najwyrazniej trzymanego w ramionach blondyna. Zlapal go zupelnym odruchem, jakby mial nadzieje, ze dzieciak nie przewali sie razem z nim, lecz niczym slup uchroni go przed ziemia.
- Co? - rzucil zdezorientowany po ty ataku. Przyjrzal sie chlopakowi; nagle spostrzegl, ze wciaz niemal sie do niego przytula. Szybko cofnal rece, dla pewnosci splatajac dlonie za plecami. Jego twarzyczka przybrac miala w zamierzeniu surowy wyraz, ale lekkie zaskoczenie pozostale po zderzeniu nie pozwolilo mu okazac w pelni planowanej stanowczosci. - O co chodzi?
O, tak. Byl cudowny. Rozwiazywal problemy jednym spojrzeniem czarnych slepi. Lubil sluchac, jak go chwala i chlopak, chocby nie wiadomo jak glupi byl, zdobywal u niego punkty z kazdym kolejnym slowem utwierdzajacych Azteka w przekonaniu o wlasnej wspanialosci.Nawet sie mimowolnie usmiechnal do Ailena, ale dosc krzywo i poblazliwie.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Nie Lip 13, 2014 2:04 am

Prawie, prawie, prawie upadł na ziemię! Oczywiście nawet jakby upadł, to nic by się nie stało, wszak Ailen ciągle się przerwacał, brudził i ocierał... Ale liczy się fakt, że Aztek z zdołał go utrzymać i koniec!
Co zaś tyczyło się mózgu (bądź jego braku...) u młodego przedstawiciela tej bardziej północnej części kontynentu, to też nie można było aż tak demonizować, o! Przecież on po prostu wychowywany był przez prosty lud, nie ma co się czepiać. Przyjdzie Anglik i jeszcze bardziej spieprzy robotę z wychowaniem. Wyuczy się jeszcze, toć to mały dzieciak, ledwo na nogi stanął.
-O coś.. Coś.. Coś...!
O, nastała chwila braku możliwości wysłowienia się. Młody energicznie zaczął machać rękami i przebierać w miejscu nogami. Śmieszny, a jednocześnie dość uroczy widok.
-N-Nasze ziemie zostały najechane!
Surowe słowa.. Jakaś wojna?
-Z-znaczy nie do końca najechane...
A nie, jednak nie wojna... Szkoda.
-Ostatnio, gdy zbieraliśmy zapasy we własnych lasach, nad brzegami pojawili się dziwni ludzie. Na łąkach podobnie!
Ailenowi jednego nie można było odmówić - gadatliwości i ekspresji zawartej w wypowiedziach - dosłownie wszystkim się ekscytował. Oczywiście każdy miał nadzieje, iż przypadłość ta jest spowodowana z młodym wiekiem i zniknie podczas dojrzewania... Naiwni.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Nie Lip 13, 2014 3:34 pm

Wpatrywal sie w chlopaka z tym samym usmiechem, jaki ofiarowywal zwykle czekajacych na przeznaczenie jencom. To bylo bardzo zle dziecko. Chore psychicznie i egoistyczne. Ale i tak go uwielbiano. A przynajmniej tu, w Tenochtitlanie. Zdanie reszty swiata zupelnie go nie interesowala. Maly ksiaze interesowal sie tylko aura wlasnej wspanialosci.
Sluchal go bardzo polowicznie, zupelnie nie zastanawiajac sie nad sensem jego slow. Brzmialy tak chaotycznie i bezsensownie, ze nieoplacalnym wydawalo mu sie szukanie w nich logiki. Jednak, chcac okazac nieco laski i litosci tej zblakanej sierotce, zmusil sie do odnalezienia sensu tej wypowiedzi.
Zazwyczaj sluchal tylko o tym, jak bardzo jest wspanialy. Niesmiertelny i majestatyczny. Dlatego z wielka niechecia traktowal chlopaka, zarowno przez jego bezczelne zachowanie jak i zupelnie zbedne otwieranie ust.
-Ludzie? Dziwni ludzie? - upewnil sie, ze dobrze zrozumial. Przechylil glowe na bok i udal, ze rozmysla nad otrzymana wiadomoscia. Nie spuszczal z Ailena wzroku nawet na moment, choc bylby wielce szczesliwy, gdyby mrugnal oczami, a ten w jednej chwili rozplynal sie niczym nocna mara. Na co mu on tu? Xochipilli wiedzial, ze w gorze kontynentu znajduje sie inny lud, ale coz mu bylo po tej swiadomosci? Mogl co najwyzej zasugerowac przepedzenie stamtad osobnikow tak zacofanych w rozwoju, ktorzy swa obecnoscia obrazali niosaca ich ziemie. Byl jednak litosciwy i pozwolil Indianom dalej w spokoju potykac sie o wlasne nogi. Ale bylby niezmiernie wdzieczny, gdyby choc probowali zachowac rozsadek i nie zblizali sie do jego imperium. Niechze podziwiaja je z daleka.
- Jacy znowu dziwni ludzie? - zapytal w koncu, przemilczawszy krotka chwile. Watpil w prawdziwosc jego slow. Istnialy dwie mozliwe opcje - albo chlopaczkowi zachcialo sie opowiadac mu bzdurne historyjki, albo tez przywidzialo mu sie. Lub po prostu postanowil wyciagnac Azteka z domu celem pobawienia sie w polowanie czy podchody. Nic z tego. Pokrecil glowa, buntujac sie przeciw wlasnym myslom. - Nie ma zadnych dziwnych ludzi poza wami. Pewnie ci sie zdawalo. - Bam. Oto kolejna echa charakteru Xochipilliego - nadmierna, pozbawiona litosci i wyczucia szczerosc. Bezposredniosc zaslugujaca na miano bezczelnosci. Ale kto zabroni takiemu wspanialemu dziecku wyrazic wlasna opinie? Blondyn i tak pewnie byl zbyt glupi, by poczuc sie urazony jego uwaga.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Nie Lip 13, 2014 4:45 pm

Ale Ailen wiedział CO widział! Obcy ludzie, innej karnacji, dziwni tacy.. Się panoszyli po JEGO terenach! JEGO! Dokładniej to terenach Indian, ale czy ich ziemie nie należały automatycznie do Ailena?
Nadymał policzki. Co też mu Aztek za głupoty będzie wygadywać. Przecież Indianie dziwni nie są. Już prędzej ich południowi sąsiedzi. Że niby składanie ofiar z ludzi jest normalne?
-W-Wiem co mówię! Ci ludzie wyszli z takich śmiesznych domów unoszących się na wodzie...!
Rękami pokazał względnie nieogarnięty kształt. Nie wiadomo co. Po prostu wymysł Ailenowskiej wyobraźni.
-I... Oni byli tacy jaśni... J-Jak ja....
Moment, moment... coś świtało w tej małej główce?
-...Czy ja jod nich pochodzę? Nie jestem całkowicie jak moi ludzie, a... a tamci, n-no.... Sam już nie wiem...
Spuścił głowę, zmieszany. Sam wiedział o tym, że jego domem sa Indianie. Wiedział, że ma brata na północy pośród jakiś tam ludów i niedźwiadków. No i, że południowy sąsiad jest psycholem nie jest z nim spokrewniony. I koniec. Nic więcej nie wiedział o swoim pochodzeniu i dlaczego był taki, a nie inny.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Nie Lip 13, 2014 6:18 pm

- Domy unoszace sie na wodzie? - Powtorzyl zaraz za nim. Zdziwienie szybko przemienilo sie w rozbawienie. Raz jeszcze pokrecil glowa, tym razem wyrazajac dezaprobate wobec wyobrazni blondyna, ktorej ten nie potrafil trzymac na wodzy. Ciekawe, czym jeszcze z asortymentu bzdur zechce go zaszczycic podczas tego spotkania. Mozecie do listy cech Azteka dopisac upor osla. W koncu, jak mial go juz niedlugo nauczyc recytowac Hiszpania: "Blogoslawieni ci, ktorzy nie widzieli, a uwierzyli". Ale na chrystianizacje przyjdzie jeszcze czas. Chwilowo odpowiedniejsza bylaby dla niego tresc: "Przekleci ci, ktorzy skapia bogom krwi".
Ilekroc probowal sie odezwac, Indianin postanawial dodac cos jeszcze od siebie. Stad tez Aztek otwieral i zamykal pyszczek z gracja karpia plywajacego w wannie glodnych chrzescijan. Dopiero gdy Ailen ostatecznie postanowil zamilknac, a Xochipilli odczekal dla pewnosci kilka sekund, dalo sie ponownie slyszec majestatyczny glos starszego z tej dwojki.
- Jesli wygladali jak ty, to pewnie byli jacys twoi znajomi - rzekl, wzruszywszy przy tym ramionami z mina obojetna i swiadczacac o jego przekonaniu o swej trafnosci sadu. Nie dotarlo do niego zbytnio, iz prawdziwi koledzy Ailena - Indianie - wygladali inaczej niz on. Prawdopodobnie nawet, gdyby widywal ich na co dzien, nie zorientowalby sie, ze cos jest nie tak. Po prostu ludy sasiadujace z jego imperium sa tak ulomne, ze nawet ich personifikacja wyglada jak niedorobiony albinos. Choc trzeba bylo przyznac, ze aparycja Indianina dzialala mu na nerwy - jakos tak przypominal mu Quetzalkoatla. A to moglo byc dla niego irytujace, biorac pod uwage to, jakim bostwem byl Quetzalkoatl. Oczywiscie w zadnym wypadku nie uosabial z nim tego blondyna, nie daj Tlalocu! Po prostu... Dziwaczne podobienstwo poniektorych elementow wygladu powodowaly, ze Aztek czul sie troche nieswojo.
Znow zwrociwszy na to uwage, zaczal przygladac sie w skupieniu chlopakowi. Cera. Piora. Nie, bzdura. Powinien pozbawic go tych niebieskich slepi i serca za haniebny akt podszywania sie pod boga. Kwestia ofiary z krwi mogla byc problematyczna - dzieciak wygladal tak blado, jakby nie mial jej wcale. W glebokim zamysleniu szukal wszelkich mozliwych kontrargumentow przeciw stwierdzeniu, jakoby Ailen byl podejrzanie do Quetzalkoatla podobny. Nah.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Nie Lip 13, 2014 6:32 pm

Ailen nie wiedział kim jest ten cały QuecośtamniewiemjaktosięnazywaalejestbogiemAzteków. Tym bardziej nie wiedział czemu miałby być do niego podobny. Jego uroda to się chyba z powietrza wzięła. Owszem, młody miał branie na niebieskie oczka, wszak w przeciwieństwie do Azteka, który zapewne chciałby je wyrwać, sami Indianie utożsamiali oczy Ailena z błękitem nieba. Że niby niebiańskie dziecko, takie ich małe szczęście, o! No bo kto by przypuszczał, że to 'szczęście' wyrośnie potem na potężny kraj, który swoich ojców i matki zamknie w rezerwatach.
A piórka? Każdy Indanin nosił piórka! Panny przy imitacjach sukienek doczepiały kolore piórka, indiańscy wodze paradowali w pióropuszach, a młodzi członkowie plemion nosili wciśnięte za przepaski na głowach dokładnie tak jak i Ailen.
Inna była kwestia włosów i skóry młodego. Bo o ile oczkami zawsze świecił błękitnymi, tak jego skóra od niemowlęctwa zdawała się... jaśnieć. Podobnie zresztą włosy, które z dnia na dzień przypominały bardziej piasek u Azteków niż korę indiańskich drzew. A skóra? Jeszcze trochę, trochę i będzie biały jak śnieg, który pada u jego brata lub narkotyki jakimi Aztek raczy ryby w jeziorach.
-...Moi znajomi mają skórę takiego samego koloru co i ty, takie same włosy i oczy... Ogólnie wyglądacie tak samo! A Ci przybysze są biali... I mają jasne włosy! -Czyli wyglądają jak Ailen po przepoczwarzeniu.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Nie Lip 13, 2014 7:59 pm

Znowu zlosliwy usmiech zostal poslany blondynowi.
- To moze to twoi prawdziwi bracia i wlasnie po ciebie wrocili, hm?
Zaplotl lapki na piersi, jakze pociachanej przez te wszystkie lata. Na dodatek Xochi uwazal te blizny za powod do dumy! Tak, zdecydowanie nie byl normalny.
Mm, cudownie byloby, gdyby istotnie ktos zabral tego blondynka raz na zawsze z pola widzenia Azteka. Ale niestety - graniczylo to z cudem, wszak kto moglby go uprowadzic? Bogowie? Umysl czarnookiego nie potrafil ogarnac mysli o zyciu poza jego kontynentem. Ba, poza jego imperium. Ludy spoza niego nie zyly, a tylko egzystowaly. A i tak pewnie wkrotce wymra, prawdopodobnie zabijajac sie przez wlasna glupote.
Teraz chcial tylko postraszyc chlopaka swoja wizja. Porwa go dziwni ludzie. Zabiora do siebie i beda robic na nim eksperymenty. Jego znajomi ze statkow kosmicznych czasem opowiadali mu o tym, co robia czasem ze zdobytymi... okazami. Moze czas zasugerowac zielonym, by i Ailena porwali? Ale coz, znajomosc z istotami pozaziemskimi na ich osobista prosbe pozostawala sekretem Aztekow. Zreszta - czemu mieliby opowiadac o tym, ze potrzebowali pomocy az z kosmosu, zeby postawic swoje swiatynie? Lepiej udawac, ze tylko aztecki geniusz wystarczyl do ich wzniesienia!

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Nie Lip 13, 2014 8:24 pm

Wrócili? Prawdziwi bracia? I niby co? On wypłynie za ocean? Ale jaki byłby sen go tutaj zostawiać w ogóle? Co, zapomnieli sobie? Nie, gdyby go tutaj zostawili to znaczyło, że musieli tutaj już być. A wtedy by musieli znać Azteka. A nie znali. Więc Aztek kłamał, proste.
-Głupoty gadasz! Moimi braćmi są moi ludzie! Zresztą znałem swoją PRAWDZIWĄ matkę! Była taka jak oni! I j-ja też się taki urodziłem! Jak Ty! ...tylko potem wybieliłem..
Spojrzał na piersi swojego kolegi lekko się krzywiąc. Sadysta. On sam miał skórę gładką jak tyłek jakiegoś niemowlaka. Pupilek Indian wychowywany na zdrowej żywności w jednym z najczystszych ekosystemów na ziemi.
-...Słuchaj, ja naprawdę się obawiam, co nam mogą zrobić.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Nie Lip 13, 2014 8:58 pm

Jesli brac pod uwage sprawe rodzicow, to za chwile dojdziemy do tematu Chin. Aztek absolutnie nie znal, a w kazdym razie nie pamietal swoich prawdziwych rodzicieli. Ten ubytek w wiedzy szybko jednak uzupelnil jakze radosnym stwierdzeniem: Jestem wspanialy, pochodze od bogow. O, tak, na pewno tak wlasnie bylo.
Z-zaraz... Glupoty? Gdzies w tym momencie przestal sluchac dalszych wywodow pseudo - albinosa.
- Glupoty? Ja? Sam gadasz glupoty! - zawolal, nachylajac sie ku niemu, zdenerwowany tymi slowami. Jak w ogole mogl odezwac sie do lepszego od siebie? Nie do pomyslenia. Gdyby Xochi mial gorszy dzien, Ailen juz dawno staczalby sie po schodach swiatyni slonca. Martwy. Bardzo martwy. Ale szczescie mu dopisalo, a Aztek dzielnie znosil nie tylko jego obecnosc, ale i bezczelnosc.
- Tobie na pewno cos zrobia. Osobiscie kaze im zlozyc cie w ofierze... Tlalocowi! Huehuecoyotlowi! ...Nie, Quetzalkoatlowi! - o, tak, kwintesencja sprawiedliwosci. Dzieciak podszywajacy sie pod boga zostanie mu ofiarowany. A co, mysleliscie, ze skoro juz Aztek ma ten 'dobry dzien', to nie bedzie zlorzeczyc Indianinowi? Bez szans. Za zniewage, jaka go dosiegla, grozenie chlopakowi smiercia bylo wedlug niego bardzo litosciwe.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Pon Lip 14, 2014 12:47 am

Ailen.. Ailen pochodził od... Indianki? Rdzennej mieszkanki tegoż kontynentu. A skąd ona się wzięła... cholera jedna raczy wiedzieć.
Pokiwał zdegustowany na słowa starszego kolegi. Przecież mówił prawdę, a to wcielenie sadysty nawet nie chciało go wysłuchać, a co dopiero mu uwierzyć! Dobra.. Niech tak zostanie. Niech Aztek nie słucha. Potem będzie płakać jak przyjadą biali ludzie i go pobiją. A AILEN CHCIAŁ OSTRZEC.
-Czemu jak nie masz co mówić, to każesz składać w ofierze? -Zacisnął usta w wąską kreskę -J-Ja nawet nie jestem no... tym... no... WAMI. -Bo skąd niby Ailen miał wiedzieć czym właściwie jest jego południowy sąsiad. Ważne, że człowiek! ...chyba.
-...Poza tym, dlaczego wykrzykujesz dziwne zlepki słów? -Nazwy Azteckich bogów nic chłoptasiowi nie mówiły niestety... -Przyszedłem tylko Cię ostrzec, jeny.. Aleś się butny zrobił.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Pon Lip 14, 2014 1:30 am

Pewnie mowilby dalej. Zaczalby w nahuatl slac Indianinowi takie 'komplementy', ze doroslym wlosy zjezylyby sie na glowach. Nawet otworzyl juz pyszczek, by rzucic jakas mala przyjemna uwage. Ale zamilkl, zanim jeszcze sie odezwal. Zostal po prostu przejrzany. Nie chcial sie do tego nikomu przyznac, a juz na pewno nie sobie, ale... Tak, istotnie, zlorzeczenia byly idealna alternatywa dla logicznych, konstruktywnych wypowiedzi, a Aztek z luboscia z tej alternatywy korzystal. I do tej pory nikt nie zwrocil mu na to uwagi. Do tej pory. I tak jak stal, nagle zbladl, a potem poczerwienial, bardziej z zazenowania niz ze zlosci. Potrzebowal dluzszej chwili, by poukladac mysli i wydukac cokolwiek w odpowiedzi.
- N-nieprawda... Mam co mowic.
Ale tak jakos niepewnie to powiedzial. Aura jego wspanialosci zostala zachwiana przez drobna, ale istotnie zgodna z prawda uwaga blondyna. W jednej chwili z dzielnego Azteka zrobil sie pasztet ukrywajacy sie pod wieczkiem puszki.
Chwila dramatycznego milczenia. Nie mial pojecia, czy kolejne slowa nie beda rwaly dalej juz nadprutej pelerynki honoru. Powinien odpowiedziec. To jego dom, a jakis obcy zarzuca mu nerwowosc i brak umiejetnosci odpowiadania ludziom na spokojnie! Bzdura, Xochipilli byl chodzacym idealem! Mogl odzywac sie do kazdego tak, jak chce! Gdyby zechcial, skosilby wszystkich taka riposta, ze by sie juz nie pozbierali...!
Spokoj. Raz, dwa, trzy. Umiesz liczyc. Licz, az sie nie uspokoisz. Jak sie zgubisz albo skoncza ci sie liczby, zacznij od nowa.
- ...Ostrzec? - powiedzial w koncu, wciaz niepewnie. Zaraz jednak wzial sie w garsc. -Uwazasz, ze powinienem sie bac kogokolwiek? Jestem tak silny, ze moglbym podbic caly swiat. - podniosl lapki w gore i rozlozyl je niczym Jezus na krzyzu, by pokazac, ze o!, jaki to swiat wielki, a on i tak moze go objac swoimi krotkimi lapkami i zgniesc.
Rumieniec spelzl powoli z jego twarzy. Szybko sie pozbieral po tym ciosie centralnie w ego, ale teraz caly swiat wiedzial, ze nawet personifikacji szlachetnego imperium azteckiego moze przytrafic sie chwila slabosci.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Pon Lip 14, 2014 9:23 pm

No proszę! Ailen taki dzieciak, a już potrafił przejrzeć człowieka... I to nie byle kogo! Samego Azteckiego psychopatę chłopaczynę, który niby miał być bardziej skomplikowany niż wszystkie przypowieści starych Indian!
-Nie, nie masz co mówić... Tylko złożyczysz. Jakby Twoje życie opierało się na mordowaniu i byciu królem świata!
Właściwie to czy życie Azteka nie opierało się właśnie na tym? Zresztą nie ważne. Mały chłopak z północy po prostu musiał tak wykrzyczeć wtrącając się mu prawie w zdanie. Oczywiście przybrał przy tym odpowiednią pozę naburmuszonego kilkulatka. Miał chłopak tupet. Być na obcej ziemi, należącej do ludzi, których liczebność i sztuka wojenna są na takich poziomach, że owych Indiach wychowujących Ailena by rozgromili w kilka dni. Kilka dni, bo trzeba by było wpierw ich znaleźć w tych lasach, polach i innych, gdzie się chowali.
-Może i jesteś silni, ale tamci... Wydają się silniejsi... Sam fakt, że przypłynęli... Ty nie umiesz pływać po wielkiej wodzie.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Pon Lip 14, 2014 10:12 pm

Zrobil sie dziwnie blady. Jakby sie rozchorowal w ciagu niecalej minuty.
-N-nie mordowaniu - wydukal, zly i mentalnie zapedzony w rog. - Znaczy... Nie do konca mordowanie. Nie tylko mordowanie. Zamordowac to bym mogl ja ciebie, tu i teraz. - Jesli ktos jeszcze nie zauwazyl nozyka doczepionego do przepaski biodrowej Azteka, to teraz byl moment, by nareszcie sie zreflektowac. Nosil go bardziej z przyzwyczajenia niz jako ewentualna ochrone przed niebezpieczenstwem. To byla taka jego ukochana zabawka, z ktora sie nie rozstawal. Rekojesc byla przy ostrzu przesaczona szkarlatem, zatem wnioskowac bylo mozna, ze ta zabaweczka Xochipilli bawil sie czesto. - A to tam, w swiatyni, to sie nazywa skladanie ofiar bogom. - wyciagnal lapke w kierunku majaczacej gdzies w dali miedzy budynkami swiatyni. Jesli sie dobrze przyjrzec, mozna bylo dostrzec poruszajace sie tam ludzkie sylwetki. - Jak bysmy nie skladali ofiar, to nie byloby deszczu. Ani slonca. Ani nas, bo bohowie by sie wkurzyli i zeszliby na ziemie, zeby osobiscie zapewnic sobie ofiary, o. Wiec nie badz taki madry. - powiedzial te slowa z taka pewnoscia siebie w glosie i na twarzyczce, ze przechodzacym w poblizu ludziom moglo sie to wydac nad wyraz zabawne. Wzmianke o zgrywaniu wladcy nad wladcami sprytnie przemilczal. Mowiac, kiwal glowa na boki i gestykulowal z taka pasja, ze wygladal jak... jak dzisiejsi poslowie w polskim sejmie. Dra sie i machaja rekami, majac nadzieje przy okazji kogos uderzyc, by w ten sposob udowodnic swoje racje. Podobnie jak oni, Xochpilli czesto zapominal, ze lepsza sila argumentu niz argument sily. Zgubna w tym przypadku miala byc ta zapominalskosc.
- Nie mogli plywac. Na pewno nie - Pokrecil stanowczo glowa, az jego dlugie czarne wloski zatrzepotaly w powietrzu. - Ja wiem, ze tak sie nie da. Domy nie plywaja. Domy stoja. A na wodzie domy by utonely razem z mieszkancami. Jak ty sobie to wyobrazasz? Ludzie plywaja, bo maja rece i nogi. Widziales kiedys dom z nogami i rekami? - uparcie probowal udowodnic swoje racje, wciaz kiwajac glowa w rozne strony, ilekroc podkreslal jakies slowo. - I... I nie ma nikogo silniejszego. Nie wiesz, ilu ludzi sobie podporzadkowalem?
Zmierzyl chlopaka wladczym spojrzeniem.
- I... I nie zamierzam ci pomagac. Jak ty myslisz, ze ja nie jestem wcale niepokonany, to radz sobie sam.
Ostre slowa jak na kogos, kto za pareset lat bedzie blagac o pomoc w walce z Francja. I to bedzie blagac bylego agresora. Zywot frajera.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Lip 15, 2014 12:02 am

Cóż, Ailen do zabawy miał ulepione z gliny zwierzaczki czy drewniane zabawki. Nożyków to on nawet na oczy nigdy nie widział. U niego co najwyżej były zaostrzone krzemienie czy wystrugane odpowiednio drewienka. Ot, taki prymitywny lud. Poprawka do poprzedniego posta - Aztekowie by ich rozgromili nie w kilka dni, a w 24 godziny.
Skoro więc Ailen nie znał noży, to nie mógł jakkolwiek bać się tego 'śmiesznego, błyszczącego przedmiotu' u boku Azteka.
-Użyłeś słowa 'mordować' tyle razy... -Zaśmiał się pod nosem, jakby mówił czymś banalnym i codziennym -...Ludy z cieplejszych krain są strasznie śmieszne i nielogiczne. Po co mordować ludzi? Ludzie są fajni, a za ich mordowanie się grzeszy zbytnio.
Na samo stwierdzenie 'składanie ofiar bogom' pokiwał głowę. Ależ Ci Aztekowie nielogiczni... Człowiek się może przydać, po co od razu go składać w jakiejkolwiek ofierze? Nie lepiej zabić jakaś kózkę czy krówkę? Urodzi się druga i po roku dorośnie! A nie, zabijać człowieka i potem czekać nie wiadomo ile... Zresztą kózki są chyba tańsze od ludzi, prawda? No i jak zabije się kózkę dla bóstw, to przecież oni i tak jej nie zjedzą. I będzie posiłek. I skóra na ubranie bądź domostwo. I kości na zabawki oraz broń. A z człowieka żadnego pożytku...
Zerknął za ręką Azteka na świątynie. Marnotractwo pracy. Przecież zamiast przeciągać te wszystkie kamienie w jedno miejsce mogli w tym czasie polować. Albo zbierać jagody. Albo robić jakieś fajniejsze zabawki niż świecące, brzydkie coś.
-My nie mordujemy ludzi i jakoś mamy słońca pod dostatkiem. A deszcz? -Znów wybuchł śmiechem -Deszcz sami wywołujemy, tańcem i rytuałem. I zawsze spadnie. Jeden z wodzów powiedział, że mnie kiedyś nauczyć tańca deszczu! -Niestety zanim Ailen do tego dorośnie wódź już dawno będzie martwy, a jego lud zapewne zostanie wypatroszony, sprzedany i wykorzystany przez Anglików... Ale o tym kiedy indziej! -I nikt nie zejdzie, bogowie już są na ziemi!
Oczywiście, że są na ziemi! Ot, w takiej rzece, w drzewie, w krzaku, chmurce.
I Aztek mógł sobie machać rękami czy krzyczeć. Ailen tylko bujał się na piętach spoglądając na niego jak nie do końca rozumne dziecko. Zapewne, gdyby w tym momencie rzucono się na niego z rękami to spróbowałby uciec drąc się wniebogłosy. Albo wyrwać się. Albo pobić napastnika. Na pewno by się darł. Głośno. Ailen był malutkim chłopczykiem ale siły miał niczym dorosły chłop. A w płucach energii jak pięciu chłopów. Oj, biedne by były uszy Azteka i pewnie każdego człowieka w odległości jakiegoś kilometra, gdyby tylko młody Indianin zaczął się wydzierać. Jeszcze mogliby naprawdę wymyśleni Azteccy bogowie zstąpić na ziemie byleby się Ailen zamknął.
W sumie słowa sąsiada miały sens. Dom by zatonął. A może to co widział, to było coś innego? W sumie on i jego lud mieszkali w namiotach.. tipi dokładnie. Albo niektórzy tez w lasach. Nie, Indianie nie mieli ładnych kamiennych budyneczków.
-...W sumie to nawet jak dom nie wyglądało. Było z drewna.. I takie... Półokrągłe.. Mogło pływać, coś od niego wystawało. I taki duuuuuże dziwne pale wyrastały ze środka! I do tych pali przypięte były wieeeelkie kawałki skóry! Albo innego materiału. Ale najlepszym materiałem jest skóra!
Zamyślił się chwilę nad siłą Azteka. W sumie wielkiego porównania nie miał - był jego sąsiad z południa używający już broni, on z dzidami i łukami oraz jego brat... Czy jego brat właściwie miał jakiś wojowników? Poza niedźwiedziami oczywiście.. Dobra, nieważne, Ailen nie znał się na sile i rozkładzie wojsk. Bo po co mu to było? Ani jego lud, ani lud jego Xochipilli się nie zaatakują.
Nie było już sensu słuchać Azteka. Po prostu pokiwał głową i padł na kolana... aby zacząć rysować w piasku. Mądre..
-Narysuję Ci co widziałem! Tak może mi uwierzysz!
Zaczął małymi paluszkami kreślić w piasku zarys czegoś, co wyglądała jak nic innego, a wielki statek hiszpańskiej floty.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Wto Lip 15, 2014 12:57 am

Gdyby Aztekowie podbili ziemie kamratow Ailena, prawdopodobnie przejeliby wowczas ich bogow. O ile dodaliby do tego swoje krwiozercze zapedy, wtedy trawa porankiem bylaby zroszona krwia, a kazdy zachod i wschod slonca wydawalby sie jeszcze bardziej szkarlatny niz zazwyczaj.
Dlaczego u Ailena tez padal deszcz?
-...B-bo...
Dobre pytanie.
Nie. Zle pytanie. Aztek nigdy nie powinien byl zadawac go sobie. Na ulamek sekundy caly jego swiatopoglad runal w dol z hukiem, roztrzaskujac sie na dnie bezdennej glebi jego czarnych oczu. Przez ten jeden moment jego spojrzenie stalo sie spojrzeniem kompletnego szalenca. Oblakanego czlowieka, ktory stracil trafnosc sadu i jasnosc umyslu po tym, jak dowiedzial sie, ze wszystko, co znal, bylo klamstwem i zludzeniem.
Ale nie trwalo to dluzej niz chwila, ktorej motyl potrzebuje, by zatrzepotac skrzydlami. Zaraz potem znalazl odpowiedz. Zachichotal cicho, wyrywajac sie z objec obledu, ktory przed momentem probowal go pozrec. Zwatpienie probowalo przygniesc go swym ciezarem, ale on, Ksiaze, zdolal przed nim uskoczyc, chwycic sie nowego wytlumaczenia.
Znow zatrzepotal glowa, by wyrazic sprzeciw i by do konca wrocic do swiata 'normalnych'.
- U was jest deszcz i slonce, bo my o nie prosimy. Bogowie sa laskawi i dziela sie swymi darami takze z wami.
Usmiechnal sie szeroko. Czul sie, jakby, nie przymierzajac, odkryl Ameryke. Genialne wyjasnienie. Nie do zaprzeczenia.
- Nie znam twoich bogow, ale moi nigdy nie schodza na ziemie. Tylko Quetzalkoatl obiecal przyjsc. Albo raczej... zagrozil, ze przyjdzie.
Calkowity reset. Moze jeszcze przed chwila byl blady ze wstydu, oburzony zachowaniem Indianina - teraz jakby o tym zapomnial. Usmiechal sie szeroko, a choc nie bylo w tym usmiechu zlosliwosci, to z cala pewnoscia nie wygladal on przyjemnie ani przyjaznie. Wysluchal do konca opowiesci o plywajacych domach z drewna. Kiedy Indianin padl na nim na kolana, raz jeszcze sie zasmial - wygladalo to tak, jakby skladal Aztekowi hold. Zaraz potem jednak Xochipilli wyrownal roznice wzrostu miedzy nimi, klekajac po przeciwnej stronie rysunku. Przechylil nieco glowe, by spojrzec nan z perspektywy blizszej Ailenowi. Obserwowal uwaznie szkic, poki ten go nie skonczyl. Potem podniosl wzrok, obarczajac chlopaka juz bardziej powaznym, wyczekujacym spojrzeniem.
- To jest to? Na pewno nie wyglada jak dom... - Spojrzal jeszcze raz rysunek. - Wlasciwie to na nic nie wyglada. To jest dziwne. - A moze, moze... Moze, skoro wyglada to tak nieludzko... To moze to nie jest twor ludzki? Po karku Azteka przebiegl chlodny dreszcz. Trudno mu bylo ciagle zaprzeczac slowom chlopaka. Musial pamietac, ze bagatelizowanie jest zle. Tak mu mowili od zawsze, a on zawsze zapominal i... bagatelizowal - o, ironio, te nauki. Teraz zaplatal sie w sieci wlasnych mysli.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Lip 15, 2014 1:18 am

Zamrugał kilka razy słuchając logiki Azteka. Nie, nie. Jego mały umysł nie chciał specjalnie niszczyć światopoglądu sąsiada. On po prostu patrzył na świat po swojemu. A że jego patrzenie było bardziej logiczne niż Azteka... To już nie jego problem!
Westchnął jeszcze raz.
-U mojego brata często długo nie ma słońca. Albo na przemian. Duuuużo słońca, zero księżyca. A potem duuuuuuużo księżyca, zero słońca. Gdyby to było zależne od waszych ofiar, to przecież nielogiczne... Składać ofiary przez pół roku a potem odpoczywać? No to i Wam by tak świeciło. -Pobujał się na boczki -...Albo chociaż nam.. Nie, nie, nie. Wy składacie ludzi i chodzi dobrze, my składamy kózki i dobrze chodzi. Mniej tracimy, zysk ten sam. -Oj jakiś on śmieszek był dzisiaj~ -...A mój braciszek raz coś złoży to mu się zatrzyma słońce na długo. Potem znów coś złoży - zatrzyma księżyc... I tak w kółko!
Fakt, to miało sens. Czyli chcąc nie chcąc ofiary z ludzi były zbędne. Bo skoro i przy koziołkach działało? A o dzieleniu się mowy nie było, inaczej albo Ailen miałby jak jego brat albo znaczyłoby to, że sam Ailen jest jakoś mistycznie naznaczony przez Azteckich bogów... A to już chyba by było gorsze od wszelkiego niszczenia światopoglądu południowego sąsiada.
Statek narysował.. prawie idealnie! Ważne, że oddał wygląd i kształt!
-Był drewniany... I z materiałem. I to pływało! ...w-wiesz co to może być? ...może Twoi bogowie? -Ostatnie zdanie rzucił tylko i wyłącznie aby wykpić Azteka, gdyż już podczas mówienia prychnął rozbawiony.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Wto Lip 15, 2014 1:47 am

Aztek juz nawet nie pokrecil glowa. Tego dzieciaka nie dalo sie niczego nauczyc.
- Nasi bogowie kazali nam skladal ofiary z ludzi, wiec je skladamy. Gdyby twoi ci kazali robic to samo, to byscie sie tam zaraz pomordowali. Jestescie gorsi i slabsi, wiec wasze ofiary tez sa gorsze - Zrobil palcem wskazujacym kolko w powietrzu. Genialne, prawda? - A my pokazujemy, iz jestesmy tak potezni, ze gotowi jestesmy oddac zycie naszych braci. Im wiecej nas ginie, tym hojniejsi sa bogowie. A nas i tak nigdy nie brakuje. Was jest malo i po tygodniu byscie wszyscy pogineli - wiec zabijacie kozy. - Wzruszyl ramionami, wyrazajac gleboka obojetnosc wobec poczynan zacofanych sasiadow. Usmiechnal sie raz jeszcze, tym razem nieco przyjazniej. Wspomnienia i uciechy sprzed lat poprawily mu humor. - Poza tym nie zawsze skladamy ofiare z krwi i serc. Czasem ofiarujemy bogom czekoladowe pieski.
Raz jedna taka ofiare podgwizdal kaplanom. Co prawda potem byla susza, wszyscy wpadli w przerazenie i na gwalt wykroili serca komu sie dalo - ale warto bylo. Czekolada byla pyszna.
Wpatrywal sie w rysunek, probujac skojarzyc z czyms ksztalt. Ale ledwie Indianin wspomnial o bogach plywajacych na tych ustrojstwach, twarz Xoxhipilliego znoz stala sie o jeden odcien bledsza. Zakolysal sie na nozkach i pacnal na tylek, spogladajac wielkimi ze strachu oczami na Ailena.
- B-bogowie? Bogowie nie plywaja, bogowie sa tam, o... - Wskazal na niebo. - Tylko Quetzalkoatl mial zejsc na ziemie... I... Wlasciwie... Mial to zrobic niedlugo.
Z kazdym kolwjnym slowem zrenice Xochipilliego zdawaly sie robic coraz wieksze. Zniknal odwazny Ksiaze. Zastapil go dawny chlopczyk, dotychczas ukrywany pod plaszczem powagi i dostojnosci. Chlopczyk, ktory bal sie nawet ciemnosci. Jak mialby nie bac sie wscieklego boga, ktory wrocil, by sie zemscic?

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Lip 15, 2014 1:07 pm

Ten dzieciak nauczy się dopiero wtedy, gdy przypłynie do niego taki bardzo nadęty pan o blond włosach i zielonych oczach. Ten sam pan go przekona, że Indianie są be. Tak, mały Ailen wkrótce po prostu sobie uwierzy, że ludzie, którzy go wychowywali, opiekowali się nim i traktowali jak syna są złymi, krwiożerczymi dzikusami, a jego prawdziwą rodziną są biali kolonizatorzy z kraju, którego w życiu na oczy nie widział, gdzieś tak daleko, że już chyba do Chińczyków by miał bliżej. No i oczywiście od razu mu wmówią, że nie jest wolnym chłopcem, który tylko się musiał słuchać wodza, gdy ten mówił, że pora spoczynku. Nie, tak po prostu, bez jakiegokolwiek przymuszania Ailen zgodzi się dobrowolne stać się niewolnikiem jakieś baby w koronie, której też zresztą nigdy na oczy nie zobaczy. Można by powiedzieć - że przecież kolonizatorzy będą silniejsi, z lepszą bronią i tak dalej, i dalej... Ale Indianie chociaż WALCZYLI. A on co? Po prostu pewnego dnia się obudzi i poleci do białych ludzi wesoło krzycząc, że od tej pory będzie żył jak człowiek zza morza, mimo iż nigdy w życiu tam nie był! Oczywiście religię też odrzuci, przecież wiara w krainę wiecznych łowów gdzieś wśród obłoków, duchy i boga pod postacią zwierząt będzie mniej logiczna niż wiara w niebo w chmurkach, aniołki i Boga, który sprawił, że kobieta urodziła jedną z 3 części jego samego. Ah, ta logika Ailena!
Pokiwał głową na słowa o mordowaniu i składaniu ofiar...
-Ale my swoje ofiary możemy zjeść. Zresztą chyba wasze coś nie działają, skoro tu ciągle susza... Ja i tak swoje wiem.
Skwitował jednym prostym zdaniem. Po prostu. Nie dało się zaprzeczyć, że u Ailena WIĘCEJ padało niż na południu... I miał odrobinkę, odrobinkę bardziej... żyzne ziemie? W ogóle ON MIAŁ LASY. I POLA. I GAJE. I DOLINY. I GÓRY. WIELKIE GÓRY. On nawet miał konie! Ha! Czy Aztek miał jakiekolwiek konie? Nie. A Ailen jak przed nim stał umiał na takim mustangu jeździć! A jego brat to już lepiej! NIEDŹWIEDZIE! W sumie Ailen też miał niedźwiedzie, jednak jego nie były takie fajne... nie dały się dosiadać.
Już chciał mu rzucić jeszcze jednak coś innego przykuło jego uwagę. Pieski? Nie, spyta się o to później. Na razie wrócił i skupił się na rysowaniu.
Siedząc przy własnym rysunku zaczął poprawiać swój statek.
-Było ich kilka...  Naprawdę wielkie były. Zresztą, to nie tylko te dziwne rzeczy.. Z nich wyszli ludzie. M-Mówiłem już!
Ucichł na kilka sekund przenosząc wzrok z rysunku na Xochipilliego.
-Opowiesz mi czym są psy, opowiem Ci o dziwnych ludziach.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Wto Lip 15, 2014 2:36 pm

Alez co to za problem z tym chrzescijanstwem? Wiara w magicznego zombie, ktory odlecial do nieba (kosnici porwali), gdzie zasiadl po prawicy drugiego boga, by stamtad sadzic zywych i umarlych i ktory karmi ludzi swa krwia i cialem, wzamian za dobrobyt oczekujac modlitw i ofiar?
Brzmi epicko! Meksyk daje okejke!
Zjesc? A kto powiedzial, ze Aztekowie tego nie praktykowali? Prychnal lekcewazaco.
-My tez mozemy... - Kto normalny przyznaje sie bez wahania do praktykowania kanibalizmu? Na pewno nie Meksyk. On nie jest normalny. - Ajesli mimo ofiar jest susza, to znaczy, ze bogowie chca wiecej ofiar. Proste.
To bylo proste. Tak proste, ze Aztek uczepil sie tej logiki i nie zamierzal nigdy puscic. W koncu takie tlumaczenia byly szybsze i wygodniejsze niz szukanie innego sensu nieposluszenstwa pogody i innych rzeczy martwych.
Gory? Chwileczke, chwileczke. Wkraczamy w swiat stereotypow. Kaktusy moze i tu rosna, ale do wielkiej pustyni tym terenom bylo daleko. Swiat Azteka rozciagal sie na dlugie kilometry w kazdym kierunku swiata, obejmujac Wielkie Rowniny, Nizime Zatokowa, a przede wszystkim Kordyliery - odromne pasmo gorskie ciagnace sie przez cala Ameryke Polnocna i zajmujaca znaczna czesc dzisiejszego Meksyku. Ale userka chwali sie wiedza tylko dlatego, ze wczoraj znalazla w ksiazce od geografii wielka mape uksztaltowania powierzchni Ziemi.
Obserwowal z uwaga i rosnaca trwoga dopracowywany teraz rysunek. Czesc dlugich kosmykow zsunela mu sie na czolo, przyslaniajac z lekka widok, ale nawet nie zwrocil na to uwagi, kompletnie zaabsorbowany tym, na co patrzyl.
Psy? Jak to: "czym sa"? Zdziwienie wyrwalo go z zamyslenia, w ktorego bezkresach juz obmyslal genialny plan, by sklonic boga do opuszczenia jego terenow.
- Psy to psy - odpowiedzial, szczerze zdziwiony niewiedza mlodszego. Rozejrzal sie, teraz dopiero odgarniajac z twarzyczki nieposluszne wlosy. Nie wypatrzyl tego, czego szukal, wstal wiec i, przytknawszy dwa palce do ust, glosno zagwizdal.
I nic. Przez dluga chwile nic sie nie dzialo.
Ale potem jakby znikad pojawil sie pies, przywolany tym dzwiekiem. Doskoczyl do Azteka i zaczal biegac dookola niego, raz po raz stajac na tylnych lapach i probujac dosiegnac jego twarzy. Nie byl zbyt duzy. Pozbawiony byl futerka, natomiast jego skora miala ciemnobrazowy odcien. By nie opisywac go ze wszystkimi szczegolami, warto podsumowac go slowami: typowy aztecki piesek.
Poglaskal go po lbie, gdy zwierz w koncu sie zatrzymal. Usiadl na powrot przy rysunku, a psina natychmiast zajela miejsce tuz obok, z duma prezentujac brazowa piers i unoszac lekko glowe. Podobnie jak wlasciciel, mial wysokie mniemanie o sobie i lubil prezentowac gosciom swoja wyzszosc i wspanialosc. Coz, jaki pan, taki pies.
- To jest pies. Moj nazywa sie Xochiquetzal.
Kolejne epickie imie do zapamietania. Ktos zauwazyl podobienstwo miedzy imionami tej dwojki? Oba posiadaly czlon "Xochi". Pies wabil sie Kwietne Pioro. Symbolizowalo ono czarna rozete rzadkiego futerka na jego karku, ktora wygladala jak kwiat o platkach w ksztalcie pior. A w takzym razie tak uwazal nasz nieomylny Aztek.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Lip 15, 2014 5:26 pm

Nie, Ailen nie wiedział, czym są psy. U niego ludzie hodowali wilki... Albo kojoty. Jedno i drugie psowate takie, pomocne i można jak towarzysza traktować to na co mu psy. Jeszcze czekoladowe.. CZYM DO DIABŁA BYŁA CZEKOLADA? Ailen nigdy nie miał okazji widzieć ziaren kakaowca, a co dopiero je zjadać! Zresztą i tak by mu pewnie nie pozwolili. Przecież gdyby młody wsunął czekoladę to tak jakby teraz ktoś zeżarł 10 dolarów. Marnotrawstwo...
-U nas nie ma tych całych psów...
Ledwo zdołał powiedzieć, jak pojawiło się TO. To, czyli pies. Ale Ailen nie wiedział, że to pies, wiec wpierw nazwał go 'TO'. Urocze imię, nieprawda?
Ostatecznie usłyszał, że stworzenie jest psem... Obejrzał je dokładnie. Przypominało mu trochę kojota bez futra. Kojot bez futra z dziwnym imieniem, tak, teraz zapamięta czym są psy.
-F-Fajny... Ja mam w domu wilka. Też chodzi na czterech łapach..
Wstał z tej ziemi i podszedł do zwierzaka, jakby chciał go dotknąć.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Wto Lip 15, 2014 8:24 pm

Moze dobrze, ze Ailen nie znal czekolady, inaczej juz teraz moglyby obudzic sie w nim instynkty dzisiejszego Amerykanina i gotow bylby najechac Aztekow, byle tylko dostac w swoje lapczywe rece lakocie. A to by sie dla niego dobrze nie skonczylo. Wyobrazcie sobie Ameryke Polnocna bez USA, ktorego tereny po absurdalnej prekolumbijskiej wojnie zostaly wchloniete przez imperium azteckie. Jak to by sie dalej potoczylo? Czy Cortez, Kolumb i im podobni kiedykolwiek podbiliby ten kontynent, zjednoczony pod berlem mlodego psychopaty? Czy moze mielibysmy wsrod znajomyvh na Facebooku persony o niewymawialnych imionach i niepojmowalnych zwyczajach? Idzmy dalej - pod wplywem pojawiajacego sie predzej czy pozniej rozwoju Aztekowie rozprzestrzeniliby sie na caly swiat, obsypali go swoimi swiatyniami i nawrocili na jedyna sluszna wiare. Nigdy nie byloby problemu przeludnienia, ktory rozwiazywalyby liczne jak gwiazdy na nocnym niebie ofiary skladane bogom. Zamiast skorzana pilka w football, gralibysmy w rzucanie kamieniem do okregow. Rodzice nogdy nie wyganialiby dzieci do lozek, gdy w telewizji zaczynal sie horror. Nikt nie mialby nadwagi, bo czekolada bylaby na wage zlota; a jesli ktos odczuwalby glod, gdy w okoicy brakowalo jedzenia, moglby z ciezkim sumieniem doslownie przejesc swoja wyplate. No i oczywiscie wszyscy byliby szczesliwi, bo narkotyki bylyby ogolnodostepne dla kazdego jako alternatywa dla robaka do zawieszenia na haku wedki.
Ale koniec o czekoladzie.
Aztek uwielbial swoje rodzime pieski. Ten tu byl jak jego symbol, ulubieniec Ksiecia. Byl przez chlopaka pielegnowany i traktowany lepiej niz niejeden bliski znajomy. Uwazal, ze zwierzeta sa lepszymi towarzyszami niz ludzie. Co prawda nie gardzil obecnoscia przedstawicieli wlasnego gatunku, jednakze o wiele latwiej bylo mu przebywac z psem. Przy nim nie musial udawac wielkiego, wspanialego panicza; mogl przytulic, poglaskac, nawet wyplakac sie nie tyle w futerko, co w cieplutka skorke zwierzaka. Wlasciwie - nawet z nim spal. Mial go od dawna; bardzo dawna, bo tak jak on, takze ten zwierz zostal obdarzony niepospolita dlugowiecznoscia. Starzal sie wlasciwie tak, jak jego pan. Kiedys oboje byli parka szczeniatek, teraz powoli dorastali. Poczatkowo probowano jakos wyjasnic to niecodzienne zjawisko, ostatecznie jednak ludzie machneli na cala sprawe reka, oglaszajac pieska boskim towarzyszem personifikacji. Bo istotnie Xoxhiquetzal byl czyms tego rodzaju; poniekad zwierzecym symbolem Aztekow. Ale Ailen nie musial tego wiedziec, a Xoxhipilli nie zamierzal sie przechwalac, bo nie uwazal tego za cos nadzwyczajnego. Mogl co najwyzej opowiedziec o innych aspektach wspanialosci zwierzaka, co tez zaraz uczynil.
-Xochiquetzal jest bardzo madry. Broni mnie i przynosi patyki, ktore mu sie rzuci. Spi razem ze mna w domu i czesto ze mna spaceruje. Rozumie wszystko, co mu powiem, ale czasem nie slucha. Raz zjadl mi troche czekolady i bylem zly, a on na przeprosiny przyniosl mi ptaka. Co prawda zdechlego, ale przynajmniej chcial przeprosic! I... I jest moim przyjacielem. A ty masz jakiegos przyjaciela-wilka? Takiego prawdziwego przyjaciela?
Och, moglby mowic o swoim psie bez konca, wszak przerzyl z nim wiele lat, podczas ktorych kazdy dzien przynosil tej dwojce cos nowego. Jesli Xochipilli mialby kiedykolwiek wybrac jedyna osobe, z ktora mialby spedzic reszte zycia w zupelnej izolacji - wybralby tego psa.

Kiedy Ailen zrobil pare krokow w strone Xochiquetzala, zwierz prychnal cicho, mierzac postac uwaznym, choc troche znudzonym czy tez moze zaspanym spojrzeniem. Jakby zastanawial sie, czy bedzie smaczny, czy moze jednak poprosic kogos o frytki do tego. Potem zerknal na wlasciciele, a oczy jego zadawaly nieme pytanie.
- Nie boj sie, nie ugryzie - powiedzial Xochipilli, zanim jeszcze dostrzegl, iz zwierze spoglada na niego. Wowczas sam wyciagnal reke i poglaskal psa po lbie. Ten wydal z siebie dzwiek, ktory brzmial jak cos pomiedzy szczeknieciem a skamleniem, zbyt leniwy, by wydobyc z siebie glos godny prawdziwego krolewskiego psiska. Pochylil leb, dalej obserwujac Indianina, i zamerdal ogonem. - Chyba ze mu kaze, wtedy ugryzie. - dodal chlopak, odslaniajac zabko w zlosliwym usmiechu. Nie, raczej nie zamierzal poszczuc Ailena Xochiqueatlem, przynajmniej nie teraz, gdy juz zdazyl zainteresowac sie sprawa dziwnych plywajacych rzeczy.
Wlasnie, to.
- Mm, cos mi obiecales. Ja pokazalem ci psa, a ty mi powiedz o tym... tym - zauwazyl, wskazujac palcem na rysunek, czesciowo zdeptany przez lapy rozbrykanego z poczatku zwierza.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Lip 15, 2014 9:58 pm

Wlepiał wzrok w zwierzę. Nadal przypominało mu ono ogolonego kojota, ale tą uwagę zatrzymał dla siebie. Skoro jego południowy sąsiad lubował się w bezwłosych dzikich zżeraczy pustynnych, to on nie będzie się czepiać. Jest tolerancyjny! Kiedyś w jednej z wiosek u niego był chłopak, który uwielbiał ryby. No, uważał, że potrafi z nimi rozmawiać. Co oczywiście było głupotą, ryby nie potrafią gadać, chyba że podczas jedzenia ryb, które łowią Aztekowie. Wtedy może się zdarzyć, że ty już połowę zjadłeś, a tu nagle ożywa głowa i do Ciebie gada pytając jaka pogoda, jak się czujesz i czy przypadkiem nie jest za słona. Czy było jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że Azteckie rybki przypłynęły do Ailena? Mniejsza, należy wrócić do Gadającego z Rybami. Nie, nie miał tak na imię, ale tak na niego wołali, bo jako jedyny z nimi rozmawiał... Albo wydawało mu się, że rozmawia. Tak czy inaczej, reszta wioski go uważała za dziwaka. A Ailen nawet się z nim bawił. Razem puszczali kaczki po wodzie... Do póki tamten chłopak nie uznał, że Ailen specjalnie celuje kamieniami w ryby aby te cierpiały. No i tak rozpadła się jedna z przyjaźni młodego.
No ale mieliśmy wrócić do psów. Albo ogolonych kojotów. W sumie Ailen nigdy nie golił żadnego kojota. Raz ostrzygł przypadkiem kurę. A właściwie to ową kurę oskubał. Jego sąsiadka... O ile sąsiadką można nazwać panią mieszkającą w namiocie obok miała kury. Takie o, chodziły sobie, dziobały, czasem podrapały w ziemi. No, a Ailen był malutki. W sumie teraz też jest malutki, ale wtedy był bardziej malutki. No i ciemniejszy. Taki nawet czerwony bym powiedziała, że jakby go Anglik takiego zobaczył to by się trzy razy przeżegnał i wrócił do Europy nie chcąc nawet myśleć, że mógłby coś takiego wychowywać... Tak czy inaczej taki młody, czerwony pewnego dnia chciał zostać Indianinem! Niby nic dziwnego, małe dzieci często mają takie zabawy... Dziewczynki się przebierają za księżniczki, syrenki, perfekcyjne panie domu, czy co bardziej chore na umyśle za psy niczym userka w dzieciństwie. A chłopcy są rycerzami, astronautami, policjantami, żołnierzami, piratami i Indianami. Tak, Ailen też chciał być Indianinem. Co w tym dziwnego więc było? TO, ŻE ON JUŻ BYŁ INDIANINEM DO JASNEJ CHOLERY. Żył z Indianami w ich wiosce, jadł jak Indianin, PRAWIE wyglądał jak Indianin, ubierał się jak Indianin, po jakie licho więc chciał się BAWIĆ w Indianina. Bo miał tylko jedno piórko przy głowie, a chciał mieć całą masę jak wódz? Tak. Teraz ma dwa piórka, wtedy miał jedno. Chciał się zabawić w wodza, więć OSKUBAŁ KURĘ SĄSIADKI. I zrobił sobie kapelusik z piórek. Potem oczywiście przyszła jego przybrana-matka-Indianka-która-go-wychowywała-bo-ktoś-musiał, dała mu w tyłek i się skończyły przygody Ailena z pozbawianiem zwierząt ich naturalnej miękkości.
Chłopak spojrzał jeszcze raz na psa, gdy jego pan... Czy Aztek był właścicielem ogolonej wersji kojota... czy tam tego psa? A może psy nie posiadają właścicieli? Albo nie wiem, mają jakąś więź związania? Cholera ich wie, tych Azteków. Ailen nie zdziwiłby się, gdyby byli powiązani w jakiś szczególny sposób, nie wiem... Może złożył na ołtarzu poprzedniego właściciela zwierzaka i tak stał się jego panem? To by nawet miało sens, przekazywanie zwierząt poprzez ofiarę!
Słowa Xochipilliego jednak rozwiały większość wątpliwości. A więc jego mały towarzysz, pies działał na tej samej zasadzie co wilki! Sprytne...
-Przyjaciela-wilka? Prawdziwego? Hmmm.. Tak! Okhmhaka. Znaczy wołałem na niego Okhmhaka, to znaczy dokładnie 'mały wilk'. Bo jak go znalazłem był mały. Byliśmy naprawdę zżyci, kiedy był okres ciepła biegaliśmy po łąkach i razem polowaliśmy, chronił mnie przed obcymi i groźną zwierzyną. Kiedy błądziłem w lesie, odprowadzał mnie do domu. Gdy nadchodził okres zimna i białego puchu ogrzewał mnie swoim futerkiem abym nie marzł. Zawsze mnie rozumiał, pocieszył gdy płakałem. Wiesz, nie mam ojca ani matki i choć w każdej wiosce kobiety się mną opiekują, to chciałem mieć kogoś, kto byłby tylko moim opiekunem, a Okhmhaka właśnie taki był. Wspierał mnie całym sobą... -Wziął głęboki oddech aby dokończyć historie -Tak, Okhmhaka to mój najlepszy, najbliższy przyjaciel
I tu by można było zakończyć tą piękną historie o przyjaźni chłopca i wilka, wzruszyć się tak piękną więzią ich łączącą i spokojnie zamknąć okno przeglądarki natchnionym opowieścią. Jednak Ailen wolał dokończyć opowieść:
-Kilka wiosen temu była zima -BARDZO LOGICZNE ZDANIE -Bardzo zimna zima. -RÓWNIE LOGICZNE ZDANIE -Nie mieliśmy co jeść, więc wódz poderżną Okhmhace gardło i zrobił nam obiad.
...I całe piękno tego świata poszło się utopić w najbliższej rzece pełnej naćpanych przez Azteków ryb.
Skończy sprawę psów, wilków, PRZEKLĘTYCH RYB, kur i innych - sprawa statków.
-Tym? O czym mam Ci mówić jak Twój koj... pies to pies i jeszcze chce gryźć? -Brawo! Trzy nielogiczne zdania w jednym poście! Userka pobiła rekord!

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach