Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Wto Lip 15, 2014 11:05 pm

Powyzszy post skutecznie wypral userce mozg.




Aztek sluchal calej opowiesci z twarza nie wyrazajaca zadnych emocji. Nawet pod koniec nie wykazal chocby odrobiny wspolczucia. Bylo mu z lekka obojetne, co tragicznego wydarzylo sie reszcie swiata. On tu co miesiac ginie z rak braci, on tu ma wlasne problemy. Poza tym jego pies zyje i ma sie dobrze, ajak zdechnie, to i tak odzyje; wiec czemu ma ubolewac nad troskami innych?
- My zawsze mamy co jesc, wiec nikogo nie mordujemy.
Chwila zastanowienia.
- To znaczy nie mordujemy naszych zwierzat.
Lepiej.
- A wy jestescie biedni i musicie zabijac swoich przyjaciol. Trudno. Gdybyscie byli nam podlegli, to u was tez by bylo jedzenie.
Urocza propozycja, ale nawet gdyby Indianie faktycznie mieli byc wasalami Tenochtitlanu, musieliby Aztekom regularnie placic cos w rodzaju czynszu - troche zlota i zwierzat takich jak kaczki. Wiec pewnie w takiej sytuacji wykitowaliby jeszcze szybciej.
-Moj mi o tych plywajacych domach, bo moj pies cie zje, jak nie powiesz! - Poniosl glos, a psina zerknela na niego niepewnie, nerwowo przebierajac lapami.
I to juz koniec postu. Userka uschla i skisla przez ryby na chatboxie.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Lip 15, 2014 11:21 pm

-Przed chwilą mówiłeś, że mordujecie... -Ach Ci szaleni Aztekowie... -...ludzi? Jakkolwiek.
Machnął ręką na niego. On już nie będzie próbować nawet go zrozumieć. Właściwie to nigdy nie próbował go zrozumieć. Tego się nie da. Zapewne nawet Aztek nie zrozumie Azteka. Ani ich psy ich samą. Ailen nie zdziwił by się też, gdyby nawet bogowie ich nie rozumieli.
-Nie jesteśmy biedni... W-Właściwie co to znaczy 'my'? Oni zjedli, bo byli głodni.. A ja.. Ja do ich wspólnoty nie należałem. Nie należę do żadnej wspólnoty.
Ciężko było Ailenowi właściwie ogarnąć czym on był. Aztek miał swoje miasta, pseudo państwo, a on? Wioski indiańskie.. Każda innego plemienia, żadna z żadną nie połączona. Jak to w ogóle nazwać? On tylko spacerował tam, gdzie akurat miał ochotę i z tym plemieniem żył.
-Nie możemy być Ci podlegli bo... My właściwie nie tworzymy nic.. -To tylko rejon, gdzie mieszkają różne grupy Indian. Nie da się tego zjednoczyć, nie da się tego podbić.
Westchnął.. Całkowicie zapomniał o ludziach z pływających domów. Aż jego rysunki prawie zostały zniszczone przez skaczącego psa.
-Byli biali... W sensie mieli białą skórę. Niektórzy też mieli jasne włosy.. I duże, okrągłe oczy. Dziwne stroje też mieli, jak upierzone kurczaki, czy coś...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Wto Lip 15, 2014 11:59 pm

- Nie mordujemy, tylko skladamy w ofierze, a to cos innego! - Aztek byl zaskoczony tym, jak latwo Ailen mylil dwa tak rozne pojecia. Zabijanie dla zabijania a oddawanie kogos bogom, by ich ulaskawic, to cos zupelnie od siebie odmiennego.
Pies podniosl sie i przysunal do niego, po czym polozyl sie tak, by jego glowa spoczela na kolanach chlopaka. Aztek poglaskal go po szlachetnej lepetynie, nie spuszczawszy jednak wzroku z Indianina.
- No, jak nawet nie wiesz, kto wy jestescie, to juz na pewno jestescie biedni. U nas wszyscy wiedza kto jest kim i kto komu podlega. Wlasciwie do wszyscy podlegaja Tenochtitlanowi. I mnie.
Wlasciwie to nie jemu, tylko Montezumie, ale kogo obchodzi wladca Aztekow, ktory wyslal Hiszpanom pol skarbca, myslac, ze dzieki temu odplyna do siebie?
Xochipilli byl nieomylny. Wspanialy. Pewnie zrobilby to samo na miejscu Montezumy, na szczescie los nie nadal mu tytulu woda i frajerska porazka tym razem ominela jego persone. Tym razem. Ale jako narod powinien wowczas zalozyc papierowa czapeczke z oslimi uszami i napisem "idiota".
- Mozecie byc... Jak bedziecie podlegli, to bedziecie cos tworzyc! Podleglych nam biednych ludzi.
Brawa. Owacje na stojaco, prosze. Pies ulozyl sie wygodniej na jego kolanach. Jednakze po uslyszeniu ostatniej wypowiedzi po ciele chlopiecia przebiegl chlodny dreszcz, a zwierz zaniepokojony wyczuwanym strachem pana poderwal sie do siadu i zaskowyczal.
-B-bia... Bia... - najwyrazniej probowal powtorzyc opis konkwisty. Nie, nic z tego. Zawiesil sie wpol slowa, bo oto przed oczami zamajaczyl mu czarnobrody Opierzony Waz - Quetzalkoatl. Aztek po raz kolejny zbladl, pewnie gdyby byl innej karnacji, moznaby rzec, ze zrobil sie bialy jak sciana. W kazdym razie jego twarzyczka brzybrala niezdrowy jasny odcien. Chlopak jakby zamarl, raz po raz tylko otwierajac i zamykajac usta niczym biedna, nacpana ryba. W sumie nie wygladal na zdrowego na umysle na co dzien, a juz na pewno nie teraz.
Pies tracil go nosem w ramie, a wtedy Aztek najzwyczajniej w swiecie polecial do tylu i padl na ziemie. Co prawda przytomny, ale czy swiadomy egzystujacego dookola otoczenia - to juz trudno orzec. Amen. Psychika nie wytrzymala.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Sro Lip 16, 2014 12:09 am

No proszę, zobaczcie państwo! Ten mały, biedny chłopak samymi SŁOWAMI powalił WIELKIE IMPERIUM AZTECKIE! Co prawda nieświadomie, ale to już pomińmy. Ważny jest efekt, nie sposób działania, o!
-Coś nie tak..?
Jeszcze czego. Aztek schodzi na zawał, widzi końce świata, a Ailen się pyta czy coś nie tak. No dobra, Ailen na wieść, że z nieba przyjdzie bóg, który zrobi ogólne kuku na świecie by zapewne olał sprawę i poszedł robić swoje.
-N-No byli biali... Znasz ich!?
Tak Ailen, jak poleciał na plecy z wrażenia, to na pewno musi ich znać.
-Xochi! -Bo inaczej nie wymówi tego zaiste pięknego imienia -W-Wstawaj, co Ci jest?! Bogowie, ZABIŁEM CIĘ!?
Tak geniuszu, pytaj się, czy zabiłeś sąsiada. Na pewno martwy Ci odpowie.
I teraz Ailen miał dylemat. Wołać po pomoc, czy nie? Z jednej strony on go nie uratuje, a z drugiej... Cholera jedna wie jak skończyłoby się wołanie Azteków o pomoc. Jeszcze by go zabrali i złożyli w ofierze w intencji jego przeżycia. Tak, to by miało sens - wyjąć komuś serce aby podarować je bogom, żeby Ci znowuż podarowali panu bezsercowemu życie.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Sro Lip 16, 2014 12:29 am

No tak, zgadza sie. Aztek, trzeba mu to przyznac, swoja sile mial i niejednego doroslego umial koniec koncow pokonac, ale... Lepsza sila argumentu niz argument sily - czyli to, o czym chlopak ciagle zapominal. W walce na slowa bylo go bardzo latwo doprowadzic do odwrotu taktycznego. W chwili obecnej odwrot taktyczny zrobila jego mentalnosc.
Lezal sobie na wznak i spogladal na chmurki. Za tymi chmurkami kryli sie bogowie i spogladali zapewne ze zlosliwymi usmiechami na personifikacje wielkiego, poteznego imperium Mexicow, ktory wygladal tak, jakby tylko czekal na zlozenie z niego ofiary. Wlasciwie to juz wygladal jak ofiara. Ofiara losu.
- Ba... Bia... Bia... - dukal cicho ku niebiosom, jak gdyby oczekujac, ze za chwile rozstapia sie one, a na ziemie splynie na teczy Cuichu, by przykryc go kocykiem, dac lizaka i powiedziec, ze to tylko zly sen i wsciekly Quetzalkoatl wcale nie nadchodzi, by zrobic mu w panstwie totalna rozpierduche.
Ale niestyty niebo pozostawalo nieme, trzymalo swe bramy zamkniete przed spojrzeniem chlopaka. Pies przysiadl obok i tracil go lapa w bok. Xochi nieco oprzytomnial, ale nie na tyle, by przestac wypalac sobie oczu wiszacym nad nim sloncem. Jedynie przestal sie jakac. Zamilkl zuepelnie i lezal jak, nie przymierzajac, Jezus przybijany do krzyza.
Za duzo nawiazan do chrzescijanstwa w tym temacie.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Sro Lip 16, 2014 1:57 pm

Dobra, jednak zaryzykuje - zostawił na chwilę Xochi'ego, aby dorwać jakiegoś dorosłego Azteka. Najwyżej ten złoży w ofierze ich obu i jeszcze psa. Wyjścia za dużego nie miał, jeszcze by nic nie zrobił i jego sąsiad wyzionął ducha. Nie, już lepsza chyba śmierć na ołtarzu niż zawał gdzieś na ulicy w towarzystwie Ailena, który stoi i się gapi.
-P-Przepraszam?! H-Hej..!? Może mi ktoś pomóc? -Próbował zaczepiać ludzi, a nuż się coś uda -M-Mój kolega padł na ziemię... I chyba nie żyje.... I... Ten... Przyda się pomoc...
Nabrał powietrza do płuc, spróbuje trochę agresywniej.
-M-Mój kolega przestraszył się białych ludzi... I padł... i ten..
Mądry jesteś Ailen - strasz Azteków białymi ludźmi, na pewno Ci pomogą!

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Sro Lip 16, 2014 2:43 pm

Nie, nie, nie. Nie wolno siac paniki. Jesli wszyscy sie teraz zejda i zaczna wypytywac w nahuatl, jacy znowu biali ludzie i czemu, na milosc bogow, personifikacja ich panstwa dogorywa tak zupelnie bez powodu. Bedzie chaos, jeszcze ich obu wezma do swiatyni i sprawdza, co maja w srodku. Aztekowie nie potrzebowali konkretnego powodu, by to zrobic. O, nasza personifikacja umiera, Zabijmy ja i wyrwijmy serce, to na pewno pomoze!
Jak to by wygladalo w dzisiejszych czasach, gdyby zamiast Meksyku dale byli Mexicowie? "Mowili, ze moge byc, kim chce, wiec zostalem chirurgiem"? Userka chcialaby to zobaczyc. Serca notorycznie znikalyby ze szpitalnych zamrazarek.
Krzyk Indianina przywolal go do porzadku. Co, co on robi? Nie, niechze on sie zamknie! Jeszcze wyjdzie na to, ze Xochipilli mdleje jak mala dziewczynka, boi sie nieistniejacych rzeczy i wcale nie jest taki boski, jakby sie moglo zdawac!
Takze zanim jeszcze Ailen dokonczyl ostatnie zdanie, ni z tego ni z owego Aztek rzucil sie na niego, przewracajac go na ziemie. Nadrabiamy scene z pierwszej strony tematu, gdzie urocza dwojka jakos uniknela upadku. Teraz ednak dla odmiany to Indianin lezal plackiem, a nad nim kleczal rozdygotany Aztek.
- Nic nie mow! - syknal, przy okazji przyslaniajac chlopieciu usta lapka. Tak dla pewnosci, co najwyzej go udusi. Lepszy jeden trup niz dwa i cala zgraja nieogarniajacych wiesci Aztekow. - Udawaj, ze cie nie ma czy cos!
Rozejrzal sie wzrokiem sploszonego zajaca po okolicy, upewniajac sie, czy aby na pewno nikt nie zwrocil na nich wiekszej uwagi. Nawet komus tam pomachal lapka, pozorujac usmiech. Udajemy, panowie, suszymy zabki. Zaraz potem wrocil spojrzeniem do Ailena. Zdjal dlon z jego jasnej twarzyczki i nachylil sie nad nim.
- P-prosze, powiedz, ze sobie zartowales. Bo inaczej bede musial isc sprawdzic, czy to prawda i powiedziec o tym najwyzszemu kaplanowi! A nie zrobie tego, powiedz, ze sobie to wymysliles! - Glos mu sie zalamywal z lekka. Istotnie, oczywistym bylo, ze w razie ataku wscieklego, wypedzonego przed laty boga Xochipilli winien byl powielic sie wiadomoscia z kim trzeba. Ale sianie chaosu wsrod ludnosci bylo czyms, czego z calego serca (?) chcial uniknac. Sam nawet absolutnie nie chcial w to wierzyc
Psina podniosla sie i podeszla do nich, po czym zaczela lizac Ailena po twarzy. Najwyrazniej go polubila, mimo wyraznym braku sympatii okazywanym mu przez pana.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Sro Lip 16, 2014 3:47 pm

Nie spodziewał się ataku na jego osobę. Padł na ziemię jak kłoda rąbnięta piorunem przez Azteckiego boga.
Auć.. Więc tak smakuje piach na ulicach Tenochtitlan, którego nazwę userka musiała skopiować z pierwszego postu Meksyku. Cóż, Ailen deser ma już dziś zaliczony pod postacią odrobiny pyłu, który uniósł się zaraz gdy ta dwójka padła na ziemię. A trzeba było zamknąć buzię!
Chciał już coś powiedzieć, odezwać się i objechać sąsiada, co ten sobie wyobraża. Jednak nie mógł sie odezwać ani słowem, gdyż Aztecka rączką, która pewnie nie raz babrała w jakiś flakach niewolnika teraz dumnie przytrzymywała jego usta. A WIĘC TAK ZGINIE.
Albo i nie zginie? Bo zaraz go puszczono. Kij jeden wie, co to miało być. Gra wstępna przed złożeniem ofiary? Ale zaraz.. on coś do niego mówi. I to w normalnym języku a nie jakieś Xocihuechittlahuehuechixoxo...i tak dalej jakkolwiek by nie brzmiał język Azteków.
-Oczywiście, że mówię prawdę! Nie wiem co Cię naszło, to tylko biali ludzie.. Może przypłynęli z ciekawości? Ja też czasem chadzam do mojego brata, bo jestem ciekaw. Albo do Ciebie.
Ailen nie mógł być świadom, co biały człowiek oznacza dla Azteka. Dlatego podchodził w taki sposób do sprawy - nie denerwował się i bał, a jedynie zbytnio ekscytował.
Pogłaskał psa uśmiechając się przy tym. Kochany zwierzak. I żywy. Nie to, co jego wilczek.
-Cóż, mogę Cię do nich zabrać jeśli chcesz..

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Sro Lip 16, 2014 5:25 pm

Gra wstepna. Tak. Userka wszedzie wykrywa dzikie nawiazania do USMexa. Choc w tym wypadku to bylby raczej MexUS! A ze nazwa tego shipingu przywoluje na mysl jakas firme, to juz inna sprawa.
Nie klamal? A wiec sytuacja wydawala sie gorsza niz zla. Bardzo zla. Wrecz chorobliwie zla.
- N-no... - Zabrac, powiedzial. Z jednej strony Quetzalkoatl byl ostatnia rzecza, jaka chcialby teraz zobaczyc. Z drugiwj jednak ciekawosc i obowiazek nakazywaly mu biec nad wode jak najszybciej.
Mm, akurat gdyby dodac tej dwojce pare, parenascie lat, to ta scena istotnie moglaby przypominac gre wstepna z nie wiadomo czego. Ale tu mamy temat historyczny i zadnych romansow raczej nie nalezy sie spodziewac. Po prostu dwojka uroczych bachorkow bawi sie w wojne. Albo w ofiarowywanie bogom Indianina w ofierze.
Podniosl sie z ziemi, otrzepal z niej kolana i wyciagnal dlon w strone Ailena, by pomoc mu wstac.
- Zaprowadz.
Dosc niepewnie to rzekl, ale 'druga strona' wziela gore. Nalezalo sprawdzic, co tez wyrabia sie nad brzegiem. Przy okazji Ailen wyniesie sie w jego domu i przestanie siac niepokoj.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Sro Lip 16, 2014 6:02 pm

Ailen był stanowczo za mały na wszelkie gry wstępne. Może jak trochę podrośnie będzie ganiać za Azjatyckymi cycuszkami dziewczętami, czy tam chłopcami, jednak aktualnie jego umysł bardziej pożądał kołysanki na no niż... no wiadomo czego.
Złapał się go za rękę, aby podnieść się z ziemi i zaraz otrzepać. Nie przeszkadzał mu brud, i  tak zawsze wracał do domu.. namiotu taki, że tylko go umyć w bali by trzeba było. Zresztą czy ktoś tam, w stepach i lasach północy przejmował się myciem.
-Nie wiem, czy nie szybciej będzie konno... To kawał drogi stąd, na moich terenach w lesie od wschodu słońca. -Czyli - na północ, przy wschodnim brzegu, proste. Mniej proste było pomyślenie, czy Aztek w ogóle jakieś konie posiada. Przecież mustangi żyły tylko u Ailena.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Sro Lip 16, 2014 9:31 pm

Przez pewna chwile Aztek wpatrywal sie w niego z lekka nierozumnym spojrzeniem. Objaw tak zwanego wmyslachzagubienia. Rozmyslal nad czyms intensywnie, przez co automatycznie urwal mu sie kontakt ze swiatem. Nie wincie go, on byl z natury mniej ludzki, a bardziej automatyczny, jak maszyna. Taka do zabijania, gwoli scislosci. W koncu jednak powrocil do rzeczywistosci, niestety - z pustymi rekami. Nie odnalazl niczego, co by mu pomoglo w wyjasnieniu uslyszanego wlasnie slowa. Powoli uniosl jedna brew, rzucajac koledze pytajace spojrzenie.
- ...Konno? - To slowo nie mowilo mu absolutnie nic. Konie podbijaly swiat w innej czesci Ameryki. Xochipilli i spolka Z.L.O. mieli pieski (notabene, wedlug Wikipedii, hodowane dla miesa; udawajmy jednak dalej, ze Aztekowie to przyjaciele zwierzat i nie sa tak bezduszni jak Indianie z polnocy... :I). I ptaki (tez dla miesa). Ewentualnie weze i ryby (dla miesa i ostrych faz. Swoja droga, wyobrazcie sobie dzisiejszych cpunow w wersji azteckiej: zamiast wciagac mąkę przez rulonik z dolara albo wbijac sobie podejrzane igly gdzie popadnie - zarliby lososie. O wiele smaczniej to brzmi, jeno pozostawalaby kwestia charakterystycznego zapachu i scen typu: -Jasiu, cpales! -Nie, mamo! -Nie klam, czuje sledzia!).
Szczerze powiedziawszy, zgubilam glowny watek postu. Mialo byc o koniach, jest o rybach. Znowu.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Sro Lip 16, 2014 9:39 pm

Ryby jak zawsze przejmują nasze posty. Taki już los userek Ameryki i Meksyku. Nic dziwnego jeśli w końcu i wątkiem głównym zostaną naćpane Azteckie ryby. W sumie dobry pomysł na biznes by z tego wyszedł! Ludzie musza sprzedawać narkotyki pod pretekstem, że to ziółka zapachowe, okazy kolekcjonerskie i inne, a tu proszę - zwykła hodowla ryb by wystarczyła i człowiek jest milionerem!
No ale teraz nie o rybach mowa, a koniach. Ailen zerknął na swojego południowego sąsiada jak zdziwiony. Cóż, jemu nic nie mówiły psy, Xochi'emu nic nie mówiły konie.
-Jak to wyjaśnić... Takie zwierzęta... Jeździ się na nich, duże... Nie masz? -Normalnie jak dojdą na północ to pierwsze co, pokaże mu nie białych ludzi, a konie. Żeby wiedział! -...Większe jelenie bez rogów jakby... czy coś. Albo chude byki... Nie, nie jak byki... Eh, nieważne.. Idziesz ze mną, czy nie?

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Czw Lip 17, 2014 2:30 am

W miare jak Ailen probowal coraz to nowych porownan do konia, majacych w teorii naprowadzic Xoxhipilliego na wlasciwy trop w wyobrazeniu sobie konia, Aztek patrzyl na niego z coraz wiekszym dystansem mentalnym. A i fizycznym po trosze, bo najpierw odchylil glowe do tylu, a potem na bok, wlepiajac w chlopaka zdumione spojrzenie. Eidos nie dzialalo tu absolutnie i w wyobrazni czarnookiego powstaly tylko cztery nogi bez chocby korpusu. W dodatku psie nogi. Zadne z tych zwierzat nie bylo mu znane, totez niesposobne bylo, by za pomoca jedynie, notabene obcych mu calkiem, wyrazow wykreowal w umysle postac konia, jelenia czy nawet byka. Eheu, fugaces labuntur anni*, juz wkrotce mial sie w nieprzyjemny sposob dowiedziec, czym sa te tajemnicze, mistyczne wrecz dla niego istoty na czterech nogach. Albowiem Quetzalkoatl byl bogiem nie dosc, ze bialym, czarnobrodym i pierzastym, to jeszcze czworonoznym. A szanowny pan Cortez nie zadal sobie trudu chodzenia pieszo (juz wiemy skad w obecnych Meksykanach sklonnosc do przemieszczenia sie wszenie autem! Wina hiszpanskich genow) i ukazal sie tubylcom na koniu wlasnie. Takze ten, cztery nogi, chaos, strach, to bog, Jezusmariaarmaggedon, te sprawy.
Swoja droga, o ile nie chcemy naginac faktow historycznych, Aztek musi zobaczyc najpierw szacowna Hiszpanska Inkwizycje. Inaczej cala logika przerazenia pojdzie sie zlozyc w ofierze, bo Aztek musi byc pewny, ze jezdziec i ujezdzany stali sie jednoscia i ze Cortez na koniu to tylko jedna osoba! Gratulowanie Xochipilliemu i spolce inteligencji i spostrzegawczosci zostawmy na potem. Tak czy inaczej - najpierw ludzie, potem konie. Jak Ailen doszedl di Tenochtitlanu pieszo, to i z powrotem moze zaiwaniac za nozkach. A we dwojke bedzie szybciej, bo w towarzystwie czas zawsze szybkiej mija i droga sie zbytnio nie dluzy.
Ponownie wpadl w zamyslenie, zastanawiajac sie, czy aby czegos nie przeoczyl w skarbnicy wiedzy, jaka posiadal w szlachetnej, okalanej dlugimi, czarnymi wlosami glowce. Dziwnym bylo dla niego, iz ktos taki, jak Ailen, moglby wiedziec i widziec wiecej niz on. Wrecz niedopuszczalne. Nie mogl pozwolic sobie na zaprezentowanie wlasnej persony jako kogos gorszego. Co prawda moglby po prostu przylozyc porzadnie i pokiwac paluszkiem przed blada twarzyczka z jakze serdeczna prosba o zaprzestanie nadmiernego filozofowania; jednak docieralo do niego co najmniej w malym stopniu, ze sama sila to nie wszystko i ze musi posiadac takze inne argumenty przemawiajace za jego wspanialoscia. Dlaczego do tej pory nie skopal polnocnych sasiadow? Przez mysl przewinelo mu sie lenistwo, skarcil jednak natychmiast sam siebie za tak niepochlebne mniemanie o wlasnej osobie. To byla po prostu jego cudownosc i laska, jaka im do tej pory okazywal. Moglby ich rozgniesc jedna noga, ba!, jednym palcem. Ale nie zrobil tego do tej pory, by mogli opalac sie w blasku jego chwaly i skandowac z zachwytem imie milosiernego Xochipilliego. Ale cos tego skandowania nie slyszal. Nalezalo interweniowac. Tak, juz mial w glowie plan. Pojdzie obczaic boga plywajacego w domu, potem wroci cos zjesc, zlozy paru ludzi w ofierze, by zyskac przychylnosc niebios i pojdzie zmniejszyc liczbe ludnosci na polnocy. Za malo sie przykladaja do milowania go. Oczywiscie nie pomyslal, ze moze Indianie maja wsoje wlasne, inne, ale rownie proste w wymowie jak jego imiona i nie przywykli do nazw azteckich, w ktorych roilo sie od iskow, sykow i swistow roznego rodzaju. Natomiast Xochipilli, gdyby znal przedmiot taki jak komputer, zapewne podsumowalby imiona pobratymcow Ailena jako "nicki powstale wskutek przywalenia czolem w klawiature i przeturlania sie po niej celem zapewnienia stuprocentowej niemoznosci odczytania tego bez zlamania jezyka w minimum trzech miejscach. Userka z dwojga zlego wolala imiona i nazwy azteckie. Wydawaly jej sie, w przeciwienstwie do imion kolegow Ailena, bardziej normalne (co swiadczylo o jej nienormalnosci). Slowa takie jak "Tenochtitlan" potrafila recytowac z pamieci po minucie. Natomiast imiona ex-amerykanskie ja przerazaly. Jak ktos gral w Assassin's Creed 3, to powinien wiedziec, o co chodzi, bo tam glowny bohater oficjalnie przedstawial sie jako Connor, ale byl Indianinem i jego pelne, prawdziwe imie brzmialo, uwaga, Ratonhnhaké:ton. I wez tu, kurde, nie dostan mindfucka. Powaznie, czy tym ludziom bez technologii nudzilo sie do tego stopnia, ze wymyslali imiona wygladajace na wyrwane prosto z kosmosu (ewentualnie ze slownika dunskiego) tylko po to, by w poszukiwaniu jakiegokolwiek zajecia wymawiac je i zapisywac jak najdluzej? Jesli tak - to serio byli biedni. Jesli nie - to byli sadystami, a biedne byly ich dzieci, ktore musialy nosic takie dziwne zlepki w charakterze imienia. Choc wygladalo to i brzmialo raczej jak numer seeyjny partii anizeli imie. I tradycja trwala, bo dzieci rosly z glebokim urazem w psychice i w ramach wyladowania emocji chrzcili swoje wlasne pociechy jeszcze ciekawszymi kombinacjami alfabetu.
Byc moze to Indianie wymyslili scrabble. Tylko w troche innej wersji. Rozumiecie: losowali iles tam kostek z literami i musieli ulozyc z tego imie. To w sumie ma sens. W kazdym razie wiekszy sens niz te podchodzace pod sadomaso... nazwijmy to dla ulatwienia imionami.
Albo rzeczywiscie azteckie rybki trafialy na talerze Indian i potem byly tam u nich party hardy i czelendże w stylu: 'wymysl zajebiste, mozliwe do wymowienia imie z wszystkich liter alfabetu.
Albo jeszcze inaczej. -Tato, dlaczego nazwales mnie Urstfgyrfxsuyvndsdr? -Ryba mi kazala.
Czyli wychodzi na to, ze to dzieki Aztekom Indianie posiadli zfolnosc wymawiania niewymawialnego. No i od tych rybek dostali bonus +69 do kreatywnosci. Kolejny powod, by skandowali imie cudownego Xochipilliego. Ale tego juz, glupi, wymowic nie umieja. Moze, jak sie ich tymi rybami zdzieli po twarzach, doznaja olsnienia i zaczna glosic slowo boze? W sensie imie Xochipilliego, nie chrzescijanstwo. To by bylo straszne. Wyobrazcie sobie: Europejczycy przyplywaja do Ameryki, a tu nagle jak spod ziemi tabuny Indian sugerujacych poswiecenie chwili na rozmowe o Bogu. No, chyba ze tym bogiem bylby Xochipilli - wtedy spoko, nie ma spiny, nawet by im pokazal kciukasa w gorze, ze jest git i oby tak dalej. Myslicie, ze Anglia przetrwalby psychicznie cos takiego? I pytanie, kto w kogo rzucalby krucyfiksem. Historia moglaby byc taka ciekawa! Wyobrazcie sobie ogolnosciatowa religie w formie nacjonalizmu - wszyscy modla sie do Meksyku. No i oczywiscie skladaja ofiary. Co laska, bo szlachetny Meksyk nadal im wolna wole i do niczego nie przymusza. Wszyscy sa szczesliwi, a Meksyk najbardziej. Tak, to wlasnie jest wizja swiata idealnego. Ale niestety jest to wizja utopijna, bo glupi Indianie nadal nie umieja wymowic jego imienia. Chyba ze.... Chyba ze wprowadzimy religie na zasadzie kultu "tego-ktorego-imienia-nie-wolno-wymawiac". Co prawda zalatuje to mrokiem i czarna magia, ale to tez ciekawa opcja. Zatem nie wszystko stracone! Nadal jeszcze mozemy nawrocic swiat na jedyna wlasciwa religie!
Nalezalo go niezwlocznie wyleczyc z postepujacej hipostazy. Postepujacej w bardzo zlym kierunku. Przypisywanie realnego istnienia obiektom idealnym typu dobro czy zlo, uprzedmiotowywanie pojec i abstrakcji - to jest okay, dopoki nie zaczynasz temu cholerstwu oddawac czci i skladac ofiary. A Aztekowie to wlasnie robili i byli z twgo cholernie zadowoleni. A z biegiem czasu zaczeli juz robic to bardziej mechanicznie, kierujac sie zasada "hoc age" - rob to i nie gadaj o tym. Zlozy sie jedna czy dwie ofiary, spadnie predzej czy pozniej deszczyk i wzejdzie slonce, i wszyscy sa szczesliwi, bo hoc erat in votis! - tegom sobie wlasnie zyczyl. I honi soit qui mal y pense**!!
Jeju... O czym ja wlasciwie chcialam napisac? Odnosze wrazenie, ze mamy tu podrecznikowy przyklad przerostu formy nad trescia, bowiem znow zboczylismy z tematu koni. Tym razem jednak skonczylo sie nie na rybach, a na ofiarach, religii i niepotrzebnych nikomu zwrotach obcojezycznych.
- Mm, wiem, wiem - pokiwal w koncu zmyslny Aztek, udajac dosc zgrabnie znawce sprawy konskiej. Uznal, ze tak bedzie najwygodniej, najszybciej i zahowa przy okazji pozycje wszechwiedzacego. Hm... Trzeba dodac cos jeszcze od siebie, cos wiecej niz tylko "wiem". Jako ze o koniach wiedzial tyle, ze maja odnoza, szybko rzucil tym, co mial. - Maja fajne nogi.
I ten triumfalny usmiech na twarzy. Bo oto nie dosc, ze pokazal, iz wie, czym sa konie, to jeszcze zwraca uwage na tak drobiazgowe fakty jak poziom fajnosci konskich nog! Czul sie madry, sprytny i oczywiscie boski *tu wstaw sparkle fejmu i zarzucanie wlosami jak w reklamie dowolnego szamponu*. Ailen nie powiedzial nic o nogach. A Xochipilli owszem. Kto wie, moze Ailen wcale konia na wlasne oczy nie widzial, jeno cos od sasiadow uslyszal, i teraz probowal wyjsc na madrzejszego niz Aztek! O, nie, to mu sie nie uda.
Pies okrecil sie wokol wlasnej osi, ujadajac i najwyrazniej entuzjazmujac sie slowami pana. Rozumial je? Jesli tak, jego podrygi oznaczaly zapewne rozbawienie absurdem zawartym w nich. Odbiegl gdzies, zaczepiajac po drodze ludzi, by po chwili powrocic z patyk. W biegu zdzielil nim jakiegos nieszczesnego Azteka w udo, ale nie przejal sie zbytnio krzykami poszkodowanego. Dobiegl do chlopcow, przysiadl przed Ailenem i niecierpliwie przebieral lapami, przekrzywiajac na boki leb. Bawic sie chcial z nowym znajomym. A niech to, jemu tez minela ochota na zgrywanie krolewskiego pieska. Teraz chcial biegac za patykiem. Ulozyl zdobycz przed Indianinem i wrocil do obserwowania go spod roznych katow. Xochipilli niespecjalnie zwrocil na to uwage, zbyt zajety sprawa koni. Za duzo mysli naraz powodowalo, ze w jednej chwili drzal ze strachu przed Quetzalkoatlem, a w chwile potem gadal z pasja znawcy o jakichs koniach czy innych bykach.
- No! To idziemy konno, nie? - Ekhm... Tak. Xochi nadal nie poznal znaczenia slowa "konno", stad tez upchal ten wyraz w randomowej czesci zdania, pewny, ze to bedzie mialo sens. Jego twarzyczka zajasniala duma i entuzjazmem, ktora przycmila depresyjne przerazenie i wypalala swa swiatloscia oczy nic niewinnym przechodniom. - Chodzmy do tych koni!
Post zdecydowanie powinien sie zakonczyc w tym miejscu. Zanim mlody geniusz powie cos jeszcze i wyjdzie na kompletnego idiote. A rowniez userce przydaloby sie w koncu zostawic telefon w spokoju. Widzicie, co brak snu robi z czlowiekiem? Organizm przestaje kontrolowac kudlate mysli i spam wylewajacy sie spod przegrzanej czaszki. I tak oto mamy, miast normalnego postu, kolumne belkotu o wszystkim i niczym. Czy rekord Chinci w dlugosci postu zostal pobity? Trudno stwierdzic, jednak userka nie chciala bez nalezytej pewnosci jednoznacznie stwierdzic, czy tak, czy moze jednak nie. Prawdopodobnie nie. Ale jedno jest pewne - jest to najdluzszy post w dziejach spisany przez te userke. Do calkowitej kwintesencji brakuje jeszcze tylko wzmianki o jednorozcach, Cthulhu i kotach przemierzajacych bezmiar kosmosu na posmarowanym dzemem chlebie wystrzeliwujacym z rozowych tosterow. Czy cos innego wyrwanego z krancow internetow. Amen.

* lac. niestety, szybko mijaja lata
** fr. hanba temu, kto widzi w tym cos zlego!

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Czw Lip 17, 2014 12:07 pm

Nie można się czepiać biednych Indian o ich imiona. Można się czepiać co najwyżej o ich dziwny język. Bo te wszystkie dziwaczne sformowania które musiało nosić biedne dzieci to w rzeczy samej imiona nie były. Jakoś do nich wołać trzeba było, tak? A więc po urodzeniu takiego malca określano go nazwą przedmiotu, zwierzęcia, pory roku, elementu natury czy jakiejś całkowitej abstrakcji jak 'biel', 'szczęście', 'radość' i tak dalej. Słowem - nie wymyślali sobie imion, nadawali po prostu pierwsze słowo jakie przyszło im na myśl. I tak oto, po ziemi Indiańskiej spacerował Abukcheech (mysz), Adoeette (drzewo), Ahtunowhiho (jedyny, który żyje, primo bardzo ciekawe imię), Ahusaka (skrzydła) Alikkees (fryzura), Amitola (tęcza), Ashishihe (krowa), Shkii-Dighin (przerażajacy/święty chłopiec), Awan (ktoś), Beshiltheeni (człowiek pracujący z metalem), Begwunagijik (dziura w niebie), Chavatangakwunua (krótka tęcza), Cashesegra (ślad zostawiany przez duże zwierzęta), Chochschuvio (biały ogon jelenia), Deganawidah (dwie pynące rzeki), Enkoodabooaoo lub Enkoodabaoo (żyjący samotnie, ten miał przesrane od urodzenia...), Etchemin (człowiek-łódka), Hankethomemah (mała dziura), Hawiovi (schodzić w dół po drabinie), Hesutu (żółte okrycie narzucane na okrycie wierzchne), Howahkan (dziwny głos), Istaqa (człowiek-kojot, był już człowiek-łódka, przyszła pora na kojota), Kokyangwuti (kobieta-pająk w średnim wieku), Kuwanyauma (pokazanie pięknych skrzydeł przez pięknego motyla), Makkapitew (ten z dużymi zęby), Makkitotosimew (ta z dużymi cyckami), Matchiehew (ten, co ma złe serce) i jego odmiana Matchitisiw (ten, co zły charakter), Otaktay (dużo osób zostało zabitych, takie imię powinien nosić Aztek chyba), Polikwaptiwa (motyl siadający na kwiatku), Sike (siedzący w domu), Talulah (cieknąca woda), Tis=see-woo-na-tis (kobieta walcząca swoimi kolanami), Wahanassata (ten, który chodzi na palcach, aby potem się odwrócić) czy Wuyi (sęp, który podnosi do góry indyka).
I proszę, prawie pół posta mamy zawalonego samymi imionami, a raczej zlepkiem określeń, które przypadkiem stały się nazwami dzieci naćpanych fantazyjnych rodziców. Bo jeszcze określenie dziecka pięknym kwiatem, silnym bykiem, tęczą, kamieniem i innymi da się zrozumieć, ale co musiało się dziać w głowie człowieka, który nazwał syna 'ten, który chodzi na palcach, aby potem się odwrócić' albo córkę 'kobieta-pająk w średnim wieku'? Chyba naprawdę rzeki Azteków były połączone z rzekami Indian. Albo Indianie mieli jakieś ciekawe substancje, o których do tych czasów nie wiemy. W sumie palili fajki pokoju, coś w tym mogło być. Zresztą dorośli jak dorośli, ale wyobraźcie sobie dzieciaka z imieniem 'żyjący samotnie' - że co, nikt się z nim nie chciał bawić? No a jakby się chcieli z nim bawić, skoro ma żyć samotnie? Trzeba by by było zmienić mu imię, a z tym za dużo roboty. Z drugiej zaś stron skoro był chłopak 'jedyny, który żyje', a wcale jedyny nie był, to czemu 'żyjący samotnie' nie mógł mieć przyjaciół? Eh, coś brakowało im logiki. A jak ktoś zawołał 'hej podaj mi żółte okrycie narzucane na okrycie wierzchnie' to dostawał chłopaka o takim imieniu czy element ubioru? I ciekawe jak brzmiałoby zdanie 'Schodzić w dół po drabinie, zejdź w dół po tej drabinie'. Cóż, z całego tego braku logiki tylko 'ta, która ma duże piersi' była przydatnym imieniem. No chyba, że akurat dziewczę o takim imieniu posiadało małe... Albo imię to nadali chłopakowi, wtedy należało się bać.
Ważne, że chociaż Ailen nosił porządne imię. 'Szczęście'. Właściwie skąd Indianie mogli wiedzieć, że on przyniesie im szczęście? Wyobraźcie sobie, jakaś Indiańska kobieta przynosi dwóch małych chłopców, bliźnięta, jeden jakiś taki prawie-indiański (bo malutki miał ciemną skórę i ciemne włoski, dopiero z wiekiem mu coraz bardziej jaśniały), a drugi to czysta abstrakcja, cholera wie co, bardziej jak Ci Eskimosi z północy czy inne co tam w Kanadzie żyło niedźwiedzie. Panienka-Indianka bez słowa pierwszego dzieciaka zostawia w wioskę głosząc jakieś wypierdki na temat, że chłopak nieśmiertelny, że to ich kraj, ich ziemia i inne, a drugiego zabiera aby wychował się w śniegach północy, gdzie każdy normalny Indianin by zamarzł. No przecież logiczną rzeczą jest, że wtedy takie dziecko przyjmuje się z otwartymi ramionami, otacza miłością i nazywa szczęściem. Cóż złego się może stać? To przecież jasne, że CAŁKOWICIE NORMALNE dziecko ot tak ma CAŁKOWICIE NORMALNEGO BRATA BLIŹNIAKA i CAŁKOWICIE normalną matkę, która jednego syna porzuca w nieznanej Indiańskiej wiosce, a drugiego gdzieś w śniegu. W takim przypadku oczywiście dziecko trzeba przygarnąć i uznać, że przyniesie szczęście. Oczywiście, nie można wcale powiedzieć, że Indianie się pomylili, nie-e! Kto wie, może przyniósł im szczęście!? Przecież Amerykanie tak ładnie wyrżnęli część Indian, wywalili ich z ich lasów oraz stepów i zamknęli w rezerwatach jako amerykański odpowiednik safari zoo. Skąd ktokolwiek wie, czy przypadkiem nie o tym własnie marzyli? Tak, Ailen zdecydowanie przyniósł im szczęście! Ba, żeby tylko im! Widzieliście te uśmiechy na twarzach pokonanych Anglików!? To szczęście bijące z Arthura na kilometr, gdy tylko stracił swoją kolonię?! A tych wesołych nazistów, którzy wręcz nie mogli posiąść się z radości, że Amerykanie skopali im dupę!? Na pewno Hitler w '45 w swoim bunkrze padał na kolana krzycząc wniebogłosy 'TAK, DZIĘKUJĘ CI AMERYKO, ŻE SPEŁNIŁEŚ MOJE NAJSKRYTSZE MARZENIE, ŻE PRZYNIOSŁEŚ MI SZCZĘŚCIE!'. Bo przecież każdy powinien wiedzieć, że bunkry nazistów były małymi kapliczkami chwalącymi Stany Zjednoczone, którzy w swojej wielkiej łasce szerzyli na ziemi to, co czynią Tęczowe Misie w swoim świecie! A, że Hitler umarł.. Ojtam, wypadek przy pracy, kto by się czepiał?
A ktokolwiek widział to szczęście u Chińczyków, gdy dostali wiadomość, że Ameryka ich nie uratuje od złego okupanta?! Aż płakali (ze szczęścia oczywiście!) na wieść, że dobroduszny i łaskawy pozwolił im cieszyć się z radości jaką dają japońscy żołnierze nad ich głowami.
A sami Japończycy?! Jak można by zapomnieć o tym ile podarował im Ailen, zwany wtedy Alfredem? Przecież on KILKA LAT pracował, aby dać im to szczęście bycia JEDYNYM krajem, któremu z całą dobrocią i miłością podarował nie jedną, a AŻ DWIE bomby atomowe!
A Koreańczycy z Północy? Ktoś śmie wątpić, że przyniósł im szczęście!? Uratował ich od życia! Nie będą narażeni na nadwagę od wożenia się samochodami, mają czyste, naturalne jedzenie - bez konserwantów i barwników, wystarczy się pochylić i zerwać, lub zdrapać z drzewa. Nie muszą się martwić, że ich dzieci pochłonie LoL, WoW czy inne gry. Nie boją się pedofilów i zboczeńców czyhających w internecie. Nie muszą martwić się czymś takim jak utopienie, skoro ich morze jest ogrodzone. Kobiety nie mają tam problemów pokroju 'w co ja się ubiorę' lub 'jaka fryzura jest teraz modna'. Ich sportowcy zawsze wygrywają złote medale. Nie muszą się przejmować klęskami naturalnymi, przestępstwami ani inny ludzkimi plagami, gdyż ich piękny i cudowny kraj one omijają! A wszystko dzięki Ameryce, który w całej swojej łaskawości oddzielił ich od tego zła, które rozsiewało się na południu półwyspu!
A ktoś mógłby zaprzeczyć, że Ameryka przyniósł szczęście Palestyńczykom, na których głowy zrzucił izraelskie tyłki i rakiety?
Albo Arabowie? Gdyby nie dzielna armia amerykańska ich złoża ropy by się marnowały, a wszystkie te pomordowane dzieci i kobiety jeszcze by ze swoimi patykami pół świata sterroryzowały!
A Europa Wschodnia? Polska po dziś dzień 'robi mu laskę' dziękując za to, że Ameryka wepchnął go ku ZSRR. Ukraina również powinna padać na swoje piękne, duże wdzięki dziękując, że sprowadził tyle szczęścia działając TAK INTENSYWNIE na Krymie czy w Doniecku, bo przecież grożenie paluszkiem Ivanowi to gest, który przyczynił się do zapanowania wręcz euforii w tym kraju!
Indianie zdecydowanie trafili z imieniem - Ailen, a potem Alfred przyniósł światu szczęście! A teraz przyniesie radość Aztekowi, gdy ukaże im białych ludzi na koniach.
Było o imionach, było o szczęściu na świecie - przyszła pora na Azteków i religię. Nie, zdecydowanie nie odpowiadało mu służenie Xochi'emu... No chyba, że ten by go bardzo, bardzo ładnie przekonał. Albo dałby mu czekoladę. W sumie ciekawa sprawa by była - Anglik babrający się z małym Alfredem, który wyznaje Azteckie zwyczaje. Zapewne rozpruwałby brzuchy wszystkim misiom, które dostałby od 'tatusia z Europy' a później złożyłby w ofierze pół załogi i całą wioskę kolonizatorów. Problem były tylko ze znalezieniem świątyni, musiałby się zadowolić jakimś kamieniem. Zresztą wyobraźcie sobie, co by było, gdyby przejechał do Anglii!? 'Tatusiu, proszę, nie składaj już więcej ofiar, drugi miesiąc już u Ciebie pada, nie mam jak się pobawić na dworze z kolegami!' I to zdziwienie, że po rybce nie nachodzą go fazy.
Właściwie to jedną fazę miał teraz. Jak słuchał wszystkiego, co Aztek mówił o koniach. Nogi? Iść konno? Albo to coś w główce południowca dziwnego się rodziło, albo w tym mieście wydzielały się jakieś podejrzane opary, które otępiały i tak malutki umysł Ailena.
-Konno się jeździ... Ale nie ważne.
Nie, nic nie wytłumaczy najwyraźniej. To po co się tym zajmować? Ailen nie miał jakiegoś poczucia dumy, że musiał się wywyższać ponad Azteka. Na to jeszcze przyjdzie pora, gdy podrośnie. Na razie cieszmy się tym, że dzieciak wszystkich uważał za równych sobie.
Poklepał pieska po głowie i wziął kijek do ręki.
-Coo? Idziesz z nami? Pobawimy się? -Wyszczebiotał słodko do pieska i rzucił mu kijek gdzieś w stronę, z której przyszedł. Następnie i tam podążył.
-Chodź, może zajdziemy nim zapadnie zmrok. Prześpisz się potem u mnie.
Czy on zaoferował Aztekowi spanie W NAMIOCIE? Wśród INDIANÓW? Cóż, pies już chyba był sprzedany rzucaniem kijkiem, Aztek miał jeszcze wybór czy chce się pakować w sprawę.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Czw Lip 24, 2014 6:10 pm

To kwestia wyjątkowo sporna, te imiona. Aztekowie nie ogarniali imion północnych sąsiadów z głęboką wzajemnością. Jedni byli kreatywniejsi od drugich. Ale nie o imionach ten post, a o bogach mniej i bardziej prawdziwych. Zaczęło się dość normalnie, jesteśmy dopiero na trzeciej stronie, a już mieliśmy okazję poczytać o ćpiososiach, okaleczaniu dzieci imionami takimi jak TO, koniach na psich nogach, pseudoalbinosach, Hitlerze miłującym USA i wielu innych rzeczach, które nie znalazłyby się w temacie prowadzonym przez normalnych ludzi. Ale tu nie ma co mówić o normalności, co najwyżej można by wytłumaczyć większości userów, co w ogóle znaczy to słowo. Choć pewnie i tak by nie zrozumieli, zbyt zajęci pogrążaniem się w czeluści barbarzyńskiego obłąkania.

Konno? Jeździć? Mniejsza z tym. Machnął na to ręką.
-Właśnie o to mi chodziło - No tak, bo to pewnie Ailen się pomylił i źle usłyszał. Albo to fale dźwiękowe zmutowały po drodze. Nie było innego wyjaśnienia. Przecież teoria, że Xochipilli popełnił błąd, była niegodna nawet rozprucia na kamieniu ofiarnym!

Pies zaszczekał, obrócił się w miejscu i pobiegł natychmiast za patykiem, gubiąc rytm kroków. Chłopak przyglądał się jego pląsom z ogromną dezaprobatą. Lecieć za pierwszym lepszym patykiem rzuconym przez pierwszego lepszego Indianina... To nie przystało książęcemu pieskowi.
- On chodzi tam, gdzie chce - powiedział z urazą, ale chyba psinka nie zdawała sobie sprawy z niepochlebnej opinii, jaką posiadł o niej właśnie jej właściciel, i nie zawróciła, by paść przed nim plackiem i błagać o przebaczenie. - I ja też. - Były to jednak słowa rzucane na wiatr. A wiatru nie było i opadały one na ziemię jak jesienne liście, niezauważone i nieważne. Bo Aztek tak czy inaczej poszedł za Indianinem, a marudzić mógł i zamierzał całą drogę, żeby zachować pozory wolności decyzji.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Nie Lip 27, 2014 10:07 pm

Na chwilę przerwijmy kwestię imion, dziwactw, ryb i całej reszty, gdyż userka jest zmęczona i bardziej skupia się na oglądaniu zacnego HBO-owskiego serialu niż postach. Wybaczcie tą chwilę przerwy, wrócimy do Hitlera i spółki po reklamach.
Na razie skupmy się na Ailenie i Xochim. Oraz psie. I innych cudach. Sam Ailen nawet odpuścił koledze całe te gadanie o koniach, kiedy indziej mu wytłumaczy (a to leniuszek jeden!). Teraz jedynie spacerował sobie aż nazbyt wesolutki, rzucając co chwilę psu patyczek.
-On może i chodzi, gdzie chce, ale teraz się ze mną bawi, tak? -Na chwilę przeniósł wzrok na Azteka -Ale Ty akurat teraz idziesz za mną.. Czyli jesteś ciekawy, tak?
Uśmiechnął się dumnie. Ha! Udało mu się zainteresować zazwyczaj w jego mniemaniu małochętnego kolegę z południa!
-Zobaczysz, będzie fajnie.. Zobaczysz pływające domy i dziwnych ludzi, a potem razem pójdziemy do wioski. Damy Ci jedzenie.. Pewnie dzisiaj będą pieczone na ogniu indyki... -Niech Aztek cieszy się, że PIECZONE, a nie SUROWE -A potem zabiorę Cię do swojego namiotu i razem się prześpimy! -Bez skojarzeń! To tylko dzieci!

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Sro Lip 30, 2014 8:07 pm

A szkoda, bo pewnie z rozmowy o koniach wynieślibyśmy bardzo wiele cennych informacji. W każdym razie Xochi miałby okazję do popisania się swoją, hm, wiedzą w temacie tych stworzeń. Byłoby na pewno przezabawnie. Dowiedzielibyśmy się na przykład nieco więcej o ich ładnych, psich nogach. I pewnie urokliwym odgłosie wydobywającym się z ich psich gardziołek, przypominającym psie ujadanie. Choć ponoć azteckie psy nie szczekały, a w każdym razie tak mówi Kanada kto? Ale pozwolę sobie dalej nie znać się na Aztekach i przyjmę, że jednak szczekają. Nie ma sensu teraz wszystko poprawiać i zmieniać, lepiej brnąć dalej po kolana w ułudzie i halucynacjach, aż do smutnej śmierci z niedożywienia. A, nie, przepraszam, to nie to konto. Takie teksty są zarezerwowane dla Łotysza. Mój błąd, wybaczcie.

Niechętnie opuszczał ulubiony kącik, w którym spędzał większość czasu na zabawie z psem. Im dalej od domu przebywał, tym bardziej niepokoił się o swoje bezpieczeństwo. Niepokoiło się również serduszko, trzepoczące niespokojnie w jego piersi, przywykłe do niebezpieczeństwa czającego się za granicami Tenochtitlanu. Myśl o tym, że we dwóch raźniej, nie była zbyt pocieszająca, jako że towarzysz był młodszy i definitywnie głupszy. Ale nie mógł pozostawić z nim naiwnego Quetzala, który bezmyślnie podążał za patykiem. A chłopak myślał, że on tylko z nim się bawi! Cóż za zdrada ze strony psa! Był o niego tak zazdrosny, że przez moment pomyślał o rozpruciu obu. Szybko jednak odgonił tę okropną myśl. Nie, nigdy by tego nie zrobił! Nie mógłby zabić kogoś tak cudownego jak jego piesek! ...Tak, a co, myśleliście, że mu było żal zabić Ailena? Pff. Wolne żarty, jego by już dawno uśmiercił, gdyby nie to, że chwilowo nie miał ochoty na babranie się w cudzych trzewiach.
Nie bawi się z nim, tylko biegnie za patykiem, tłumaczył sobie. Bawi się patykiem, a nie z nim. To co innego. Dla niego bez różnicy, kto rzuci patyk, ważne, żeby patyk był rzucony. Tak sam siebie pocieszał jeszcze przez moment, by potem ponownie przemówić:
- Nie jestem ciekawy, po prostu muszę pilnować porządku w moim domu. Jeśli coś się dzieje, to mam obowiązek to sprawdzić - wyrzekł z dostojnością i pewną wyższością, w końcu rzucając jakiś konkretny, nieprzesycony głupim egoizmem tekst. No jak Ailen mógł w ogóle pomyśleć, że chodzi o ciekawość? Oczywiście, tak, coś w tym było, bo przecież każdy normalny (a i nienormalny czasem również) człowiek wykazuje zainteresowanie tym, co mu nieznane. Ale przez Azteka przemawiała przede wszystkim troska o bezpieczeństwo jego ludu! Wszak tylko oni sami mogą wyżynać się nawzajem w pień na kamieniach ofiarnych, nikt inny tego prawa nie posiada, jedynie bogowie, jeśli taka jest ich wola. A Ailen już, już wyskakuje z sugestią, że może Xochipilli jest po prostu łakomy na głupie opowiastki. Co za oszczerstwa! Nie powiedział tego wprost, ale na pewno tak uważa. Sądzi, że wyciągnie Azteka z domu za pomocą takich bredni! Niedoczekanie. Zatrzymał się, a twarzyczka jego przybrała stanowczy, niemal oburzony wyraz. Tak, po raz kolejny postanowił zmienić zdanie. Stanął wyprostowany, w poczuciu, że nic go z miejsca nie ruszy.
No i już miał zaoponować przeciw tej obrzydliwej taktyce chwytania ludzi za ich naiwność, ale Ailen wtrącił mu się w słowo, nim zdołał wypowiedzieć jakiekolwiek. Jedzenie? Nie żeby Xochipiliego można było naciągnąć także na darmową przekąskę, po prostu propozycja brzmiała niczego sobie, mimo że również u siebie miał dużo udomowionych indyków. Kto wie, być może te z północy wyglądają inaczej lub też są inaczej podawane? Warto sprawdzić. Może przy okazji skorzystałby także pieski żołądek, a to byłaby już korzyść podwójna. No i cóż tedy, grzechem byłoby taką propozycję odrzucić. Powstrzymał się zatem przed komentarzami odnośnie przekupstwa i znów zaczął zanim iść. Nadgonił parę kroków, które Ailen zrobił w trakcie chwilowego postoju Azteka. Odgarnął grzywkę z czoła i zerknął niepewnie w stronę oddalającemu się rodzimemu miejscu.
- To jest bardzo daleko? - zapytał w końcu, żegnając wzrokiem domek i przenosząc spojrzenie na towarzysza podróży. Nie chciał się zbytnio oddalać od tego miejsca. Co prawda nawet, jeśli istotnie pływające domy miały znajdować się gdzieś na końcu świata, to i tak by nie zawrócił. Nie teraz, gdy już zdecydował się pójść. - I myślisz, że będę mógł u ciebie spać? - Eheu, obce ludy nie wyrobiły sobie u niego pochlebnej opinii, zwłaszcza sąsiednie miasta, stąd też nie darzył zbytnią sympatią również tych towarzyszy egzystencji, których nie miał jeszcze okazji spotkać. Nie można było go winić za ten uraz mentalny.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Pon Sie 04, 2014 6:00 pm

Co tam robił Kanada, cholera wie. Bardziej zastanawiające jest to, że jechał na niedźwiedziu, trzymając w łapkach skórzaną torbę. Szczerze powiedziawszy, każdy kto go zobaczył na początku mógł dać sobie rękę uciąć, że ma przed sobą, uroczą, indiańską dziewczynkę.
Kanadyjczyk, miał bowiem długie do łopatek, czarne włosy, które zawsze nosił splecione w dwa warkocze, a na głowie miał opaskę, w którą ktoś wetknął sporych rozmiarów liść klonu. Jakby nie patrzeć, to gdzie nie spojrzeć, Matthew, czy raczej Matoskah, co znaczy "biały miś" (czy tam niedźwiedź, nie wchodźmy w tak intymne szczegóły) wszędzie był nimi obsypany. Normalnie klonowe bóstwo. Ubrany w ciepły skórzany strój (bo wszędzie jest zimno. Każdy ci to powie), wciąż mocno trzymał torbę ze swoim skarbem: plackami kukurydzianymi, kilkoma rybami, oraz najważniejsze trzema butelkami syropu klonowego, oraz dwie dodatkowe, gdyby tego zabrakło. Toć to przecież najważniejsza rzecz!
Ale wracając do wyglądu, jedyną rzeczą, która nie jest typowo indiańska są jego oczy. Są one duże, lekko skośne, o ładnej, fioletowej barwie. Do tego dochodzą długie, czarne rzęsy.
Więc ta śliczna dziewuszka (która jest chłopcem) jechała szukać brata, z nadzieją, że nie wpadał w łapy bladych, niedobrych twarzy.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Pon Sie 04, 2014 11:33 pm

Buszował po trawie jak małe zwierzę. Właściwie to trochę przypominał takiego pieska, którego ktoś spuścił ze smyczy aby sobie pohasał po łąkach i ku niezadowoleniu pana nałapał kleszczy oraz upolował jakąś kuropatwę czy inne, mniejsze zwierzę. Różnica taka, że Ailen nie biegał na czworaka, ale latał jak powalony na dwóch małych nóżkach, które jeszcze nie przybrały masy tłuszczowej nadanej przez dzienne porcje frytek i burgerów. Nie, jeszcze był małym zwinnym chłopcem, który ganiał za niewidzialnym 'czymś' po trawie. Chyba nawet pies Xochiego miał więcej ludzkości i dostojności. No ale nie wińmy Indianina, inna kultura.
-U nas się zawsze coś dzieje, ciężko by było sprawdzać. -Tak, u Indian zawsze się 'coś' dzieje. Ważne jest tutaj słówko 'coś'. Bowiem zapewne Aztekowi chodziło o wydarzenia, które są ważne lub wywołują poruszenie, wszak takimi trzeba się zajmować. U Ailena zaś to 'coś' było równoznaczne z tym, że ktoś przyrządził dobrą zupę, jeden z namiotów został naznaczony ptasią kupą, spadł deszcz, nie spadł deszcz, nikt nie umarł danego dnia, na niebie pojawiła się chmurka, podano obiad w jednym z namiotów czy w lesie pojawił się wilk. Wszelkie 'ważne informacje' jak dla przykładu czyjaś śmierć, poznanie nowego ludu czy wielkie odkrycie wliczały się do słowa 'coś' jako 'to coś, co zdarza się rzadziej.
-Nieeeeeeee... Jest blisko, blisko. Trochę drogi stąd! -Blisko czy daleko? To na pewno zależne. Dla WIECZNIEBIEGAJĄCEGOAILENAKTÓRYCZERPIEENERGIENATOCIĄGŁEBIEGANIECHYBAZKOSMOSUKRADNĄĆJĄPRZODKOMAZTEKÓW było blisko. Ale cóż, jakby ktoś się wlekł, to mógłby tam nigdy nie dojść!
-Pozwolą Ci spać. Będziemy razem spali!
Tutaj należy zrobić małe wtrącenie -  Xochipi miał zapewne inne wyobrażenie o łóżku i spaniu niż Ailen, tak? Czy był świadomy, że spanie z małym Indianinem będzie znaczyło ciśnienie się na kawałku materiału położonym na ziemi pod innym jednym kawałkiem materiału, który będzie trzeba dzielić z Ailenem, w namiocie, z kilkoma innymi Indianami i wilkami? W otwartym namiocie.
W pewnym momencie tej całej bieganiny Ailen się jednak zatrzymał! Tak, on coś wyczuł. Spojrzał wpierw na Xochipiego, a następnie się rozejrzał.
-Czuję coś znajomego...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Wto Sie 19, 2014 2:30 am

Tak, bardzo blisko, zwłaszcza że Hiszpanie pojawili się od południa. Czemu nie, łamiemy wszystkie zasady logiki jak leci, złammy i zasady geografii. Będzie zabawnie. /o/
- Zawsze? To czemu ja o tym nic nie wiem? - zapytał niemal z wyrzutem. - Przecież to nienormalne, gdy cały czas coś się dzieje. - Czaicie? W ten sposób Xochi okazuje podświadomą troskę o sąsiada! Przejmuje się jego losem! Chce wiedzieć, z jakimi problemami się on boryka, by w razie potrzeby przybyć mu z odsieczą!
...Niee, po prostu chce być najmądrzejszy i wszystko wiedzieć. Mimo wszystko dreptał za nim.
- Mam nadzieję, że będzie wygodnie - rzucił zaraz z pewną sugestią, że musi być wygodnie. Bo jak nie, to zrobi sobie z Ailenowej skóry śpiwór. Że jak? Że w tych czasach nie ma śpiworów? No to Xochi je wymyśli i opatentuje.
Ale zrazu się zatrzymał, zaraz po tym jak Ailen wyczuł coś. Czyżby niebezpieczeństwo? Biorąc pod uwagę, że u niego coś dzieje się calutki czas, to pewnie wszystkie znajome rzeczy są dla niego groźne. Aztek rozejrzał się z niepokojem w oczach. Przywołał do siebie psią kluskę, co by zwierzaka nic nie zjadło.
- Co takiego? - powstrzymał wszelkie domysły, bowiem w swej wyobraźni widział już wypełzające spomiędzy traw pierzaste węże i bogowie wiedzą jakie jeszcze upiory. A nuż to było coś mniej groźnego? Wszak Ailen był tak zacofany, że pewnie bał się nawet kamieni.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Sie 19, 2014 6:05 pm

Zauważył brata i jakiegoś dziwnego ktosia, któregopowinienznaćalesklerozarobiswoje.
-Braciszku!-krzyknął troszkę piskliwym głosikiem (który dalej przeszkadzał w identyfikacji płci) podjeżdżając do niego i sprawnie zeskakując z niedźwiedzia.-Przywiozłem ci coś do jedzenia!-uśmiechnął się do niego zarumieniony. Spojrzał na nieznajomego.-Dla ciebie też mam!- odparł ochoczo podnosząc pękatą torbę. Niedźwiedź od razu się uwalił posapując.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Wrz 09, 2014 1:14 pm

-Ciii... Cii.. No dzieje się zawsze..
Machnął na Xochiego ręką. Stał niczym jakaś surykatka łapiąca wiatr. Rozglądał się na boki i oddychał udając, że jest zwierzęciem, które rozpoznaje zapach.
Nawet już odpuścił mówienie o wygodnym łóżku, wszak dla niego wygoda to kawałek kąta w namiocie (kąt w okrągłym namiocie - ciekawa sprawa..). Zresztą czy mogło by być niewygodnie skoro samemu się zrobiło łóżko? No właśnie! Aztek powinien wiedzieć takie rzeczy, a nie się pytać, o!
Nie zdołało minąć nawet kilka minut, gdy ujrzał... niedźwiedzia. A na niedźwiedziu jakaś znajomą twarzyczkę.
-BRAT!
Wystrzelił jak z procy zapominając o biednym Azteku. Przebierając nóżkami zaraz podbiegł i rzucił się z impetem na brata przewalając ich obu na brudną ziemię. A co tam, pobrudzą się, w końcu Indianinowi to nie przeszkadzało, tak?
-Co tu robisz?! Masz jedzenie?! A jakby Cię coś zjadło!!!! Nie możesz ruszać się tak daleko! Jakoniciępilnują! Fajny niedźwiedź, daleko jechaliście?! I czemu jesteś tak ubrany, przecież jest ciepło, zaraz ściągaj te ubranie..! Też chcesz zobaczyć pływające domy?! Xochiemu je pokazuję, a potem będziemy jeść jagody i razem spaa.. TY TEŻ BĘDZIESZ Z NAMI SPAĆ!? Daleko do domu, nie puszczę Cię samego, bo jeszcze będę się martwić czy co! Możemy razem się zmieścić, ma być ciepła noc!
Tak, Ailen zaraz zadręczył brata swoim... nazwijmy to monologiem. Przytulił go jeszcze mocno, wycałował i wstał z niego zaraz poprawiając przepaskę z piórami na włosach.
-A, ten! Xochi, to mój brat, mieszka w zimnych terenach! -łapkami zaraz wskazał na biednego Matoskaha -A to braciszku jest Xochi, mieszka w przeciwnym kierunku co Ty, u niego jest tak cieplutko i składają ofiary, więc jak ty masz białe uliczki, tak on ma czerwone!

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Meksyk on Pią Paź 24, 2014 6:18 am

Nie doczekal sie odpowiedzi na swoje pytanie. Powatpiewajac w ludzka kulture, najpierw powoli ruszyl za nim, a potem przyspieszyl i rowniez puscil sie biegiem ku kolejnemu osobnikowi, az pelerynka za nim lopotala. Zwolnil potem i dodreptal do Inuity juz normalnym tempem. W pierwszej kolejnosci zaczal przygladac sie niedzwiedziowi. Wygladal nader interesujaco. Aztek tez chcialby posiadac takiego wierzchowca, zapamietal wiec sobie po drodze, by zapytac jegomoscia, czy zechcialby mu tego zwierza podarowac dobrowolnie, czy jednak raczej posmiertnie.
Potem, gdy juz napatrzyl sie na wielka kule futra, przeniosl swoja uwage na dwojke towarzyszy doli i niedoli. Nie przysluchiwal sie od poczatku pokrzykiwaniom Ailena, byl jednak absolutnie pewien, iz nic, nic absolutnie, co w swym zyciu ow dzieciak powiedzial, nie mialo znaczenia i niegodne bylo czyjejkolwiek, a juz na pewno nie azteckiej, uwagi. Z cala pewnoscia chlopak z niedzwiedziem sluchal go tylko z litosci.
Ale zaraz, zaraz. A coz powiedzial drugi z braci, wlasnie ten od futrzastego zwierza? Ma cos dla nich? Ach, kij z Ailenem, ma cos dla Xochipiliego! W koncu ktos, kto wie, jak nalezy robic dobre wrazenie na poteznym i niepokonanym Imperium Azteckim. Coz to takiego bylo? Zloto? Serca? Czekolada?!
- Czesc - przywital sie tonem glosu znacznie sympatyczniejszym, niz ten, jakim zwracal sie do Ailena, a do ktorego zwrocil sie zaraz potem. - Xochipili, a nie Xochi. - No bo co to za moda, by przedstawiac kogos polowa imienia tej osoby? Ponownie przeniosl spojrzenie na Inuite. - Co tam masz? I jak sie nazywasz? - Oto jego hierarchia wartosci. Najpierw prezenty, potem ludzie.
Nie czekajac nawet na odpowiedz czy pozwolenie - pozwolenie? Dla niego? Ha ha, zabawne! - podszedl do niedzwiedzia i wyciagnal ku niemu reke, chcac go dotknac i zaklepac na wlasnosc.

_________________


http://thebest404pageever.com/swf/Das_Boot_Ze_Beer.swf
"Towarzyszu, on doniósł na was, że wy nie donieśliście na niego."
avatar
Meksyk

Rodzina : Mieszkańcy Ameryk Środkowej i Południowej
Liczba postów : 242
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Pią Paź 24, 2014 6:22 pm

Przytula brata jednak na widok obcego jegomościa lekko go odpycha wyłączając jego paplaninę z użycia. I tak był od niego bardziej ostrożniejszy i nieufny. A ci biali napełniali go tylko i wyłącznie niepokojem.
-Ja im nie ufam.-powiedział to głośno, choć wiedział, że i tak niewiele to da. Jego brat już zdołał zapłonąć miłością do tego całego zgromadzenia. Dalej zmarszczył nosek patrząc na to samolubne dziecko.
-Tak mam. Placki i syrop klonowy...-patrzy na misia, gdyż ten gdy bywał humorzasty mógł próbować odgryźć komuś rękę. Miś powąchał jego łapkę, po czym kichnął odsuwając się i idąc sobie pod drzewo gdzie się położył. Oznaczało to, że jak na razie Kanada został pozbawiony środka transportu. Spojrzał po nich.-Mam też kilka wędzonych ryb..

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Gość on Wto Lis 04, 2014 11:55 pm

-No Xochi, Xochipli, Xochipilipilipli! Haha, śmieszne imiona mają tam w ciepłych zakątkach. A ja Ailen - proste, krótkie i zwięzłe, tak? I niosę szczęście, yay!
Obie jego rączki powędrowały do góry, a wzrok chłopaka błądził między swoimi towarzyszami podróży. Usłyszał też coś o imieniu swojego brata, a że nie dane było północnemu odpowiedzieć, a sam Indianin podchwycił wątek nazewnictwa, to przy okazji i o tym wspomni. Opuscił łapki i zakołysał się na boki.
-A to jest Matoskah. Mieszka w zimnym miejscu i hoduje fajne zwierzątka. No i ma pyyyyyyyszne jedzenie!
Oj mały Ailen od urodzenia chyba był łasuchem. Nie czekając nawet na pozwolenie brata zaraz zaczął przy nim grzebać, próbując od naleźć smakołyki o jakich była mowa. Cóż, u niego jedzenie częściej miało być praktyczne niźli smaczne. Bo na co komu smak jak trzeba było przeżyć w upale gdzieś na środku pustkowia? Tam jadano zwykle mięso i dziwne zielenizny, żadnych dodatkowych walorów smakowych. O wiele lepsze znowuż były ludy ze wschodu! Leśne owoce, pysznie doprawione mięso, Indyki, rybki i miód! PYSZNY, SŁODKI MIÓD. Oczywiście sam nie wędrował nigdy go zbierać, wszak pszczoły żądliły dość mocno, ale chętnie wyjadał zapasy tego złotego cuda. Tak czy inaczej jedzenie brata uwielbiał. Azteckich pokarmów nigdy nie dane mu było spróbować, jednak może to i lepiej? Po takiej rybie chociażby mógłby dnia nie przeżyć!
-Mhm! Brat ma dobre ryby, takie świeże! -Rzucił w czasie przeszukiwania biednego północnego -..Ale placki i syrop klonowy są słodkie! J-Jak miód! Macie tam miód? Takie lepkie i słodkie -To ostatnie już raczej rzucił do Azteka -I w ogóle.. Skoro jesteśmy tu razem to... To znaczy, że spędziły cały dzień i noc! Yay! Zabiorę Was do wioski i będziemy razem spali!


Ostatnio zmieniony przez Ameryka dnia Wto Lis 04, 2014 11:57 pm, w całości zmieniany 1 raz (Reason for editing : lalalalala, wybaczcie za tak późny odpis :< Kocham Was~ ♥)

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Dawno, dawno temu w Nowym Świecie...

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 3 Previous  1, 2, 3  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach