Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Sob Wrz 27, 2014 8:35 pm

Juz by po prostu wzruszyl ramionami na ta 'zwykla rozmowe', wszak nie o to pytal, lecz o tresc wlasnie ich pogawedek, gdy inna rzecz przykula jego uwage. Ksiezniczka? On ksiezniczka? To oraz kolejne slowa o usmiechu wylolaly tylko rozbawienie na jego twarzy. Zasmial sie zerkaja na niego przelotnie i chwile utrzymywal taki wesoly humor ogladajac tylko jak jego wlasny piesek skacze wesolo chcac odebrac Arthurowi zabawke.
-Zabawne.. Jestes juz druga osoba, ktora tak mnie nazywa. -Choc smiech juz sie skonczyl, tak usmiech wciaz zdobil jego twarz -Nigdy ksiezniczka nie bylem, nawet nie wiem co bym...
Dla samego Yao ksiezniczki to byly coreczki wladcow z dworow, ktorych zycie polegalo na wyjsciu za maz za jakiegos panicza. A sam Chiny? Ciagle uwazal, ze jest kims wiecej niz tylko ladna ozdobka na dworze. A przynajmniej chcial miec wieksza role!
-Co zas do usmiechu.. Dz-dziekuje.. Ty jak jestes mily to nawet przyjemnie sie spedza z Toba czas.
Chrzaknal probujac odwdzieczyc sie grzecznoscia. Siegnal po herbate, ktorej kilka lykow zaraz upil. Dla niego ten smak byl normalnoscia. Typowa nutka dla tego rejonu. Oczywiscie Arthur nie wiedzial, ze tyle ile miejsc w cesarstwie, tyle smakow herbaty. Poludniowa byla slodsza, przystosowana do cieplego klimatu i tropikalnych smakow. Na polnocy w zimnych stepach pijano gorzkie i ostre, inne rejony lubowaly sie w smakowych, zas w niektorych miejscach najwieksza swietoscia bylo utrzymanie leczniczych wlasciwosci z ziol.
Procz herbaty przyniesiono rowniez ciastka. Niewielkie w ksztalcie kwiatkow, az dziw, ze chcialo sie komus tak zdobic glupie ciasteczka. Oczywiscie podane zostaly na zloconej tacce, a kazde przyzdobiono, o zgrozo, zlotym ptaszkiem, jakby Ci ludzie musieli wkladac ozdoby nawet do jedzenia!
-Posmakuj, robia je miejscowi. -Yao zaraz jednym ruchem reki wskazal na slodycze. Sam cos nie jadl, gdyz tace wyraznie ulozono kolo angielskiego goscia.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Sob Paź 18, 2014 9:20 pm

Brytyjczyk z zainteresowaniem zerknął w stronę o dziwo zadowolonego Chińczyka. Nie interesowało go kim był ten ktoś, kto użył wcześniej określenie księżniczka, chociaż z drugiej strony było dziwne, że nikt inny nie użył tego określenia.
- Więc kim jesteś? Szlachty takiej jak my tu raczej nie macie... - Piesek był zabawiany jeszcze tylko przez chwilę, bo po chwili kolejna zmiana w zachowaniu Yao stała się ciekawsza. Kirkland odłożył zabawkę i usiadł wygodniej, splatając dłonie na torsie. Na jego twarzy pojawił się lekki, tajemniczy uśmiech. Ludzie, którzy go znali wiedzieli, że nie jest to po prostu uśmiechanie się, a uśmiechanie się + niekoniecznie bezpieczne odkrycie.
- Naprawdę? Tak szybko zmieniłeś o mnie zdanie? - Teraz jego wzrok podążył w stronę ciastek. Widział takie cuda, ale były one rzadko spotykane. A tu pierwsze lepsze miejsce i ci podają kwiatkowe ciastka.
Chwilę siedział w zamyśleniu, ponownie sięgając po łyk herbaty. Bez przerwy obserwował złotą tace marszcząc brwi. A raczej te małe złote ptaszki, na które w końcu powoli wskazał palcem.
- Znaczy się mam skosztować ozdóbek, czy ciastek? Chyba, że to ma być mieszanka smaków -
Minę miał raczej swojską, czyli brak konkretnych uczuć wymalowanych na twarzy. Można ją było interpretować na wiele sposobów. Albo zupełnie poważne pytanie, albo dobrze ukryty sarkazm, albo jedno i drugie. Znając jednak Arthura wiadomo było, które z tych...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pią Paź 24, 2014 4:10 pm

Jak to kto inny nazwał Chińczyka księżniczką? Gdyby Arthur chodź trochę znał 'przyjemnych' sąsiadów Yao to zaraz by iście sherlockowym tokiem myślenia wydedukował to i owo. Zresztą wystarczyłoby zapyta się Azjatyckiej rodzinki kto najbardziej wyśmiewa zachowanie Chińczyka - ano Mongolia. Przynajmniej za pierwszym razem jak tego pierwszego zostawili samego w stepie, ubranego od głowy po tyłek jakby ledwo wyszedł z herbatki u cesarza i kompletnie nie przygotowanego do życia w dzikiej mongolskiej dziczy na jakimś tak wielkim zadupiu, że większym były tylko śniegi Syberii. Tak, wtedy to i pół wioski pewnie Chińczyka od księżniczek wyśmiewało... Tylko, że o ie nikt się nie odzywał, nie chcąc przypadkiem ściągnąć na siebie gniewu własnego kraju, tak Mongoł pierwsze dni nie używał do Chińczyka innych określeń jak 'rusz się księżniczko', 'zrób to księżniczko', 'księżniczka ruszy swój tyłek?' i innych o równie ironicznym wydźwięku. Zresztą jak księżniczki były widziane w Chinach? Jako rozpuszczone córeczki bogaczy, które nic nie potrafią zrobić. A jak w Mongolii? Jako rozpuszczone bogate Chinki, które nic nie potrafią zrobić. Idealny opis Chińczyka, prawda? Na szczęście dość szybko ściągnął z siebie łatkę księżniczki i przyczepił inną.. Dość.. specyficzną, chodź samym Mongołom się ona aż nazbyt podobała... W przeciwieństwie do Chińczyków, którzy za pierwszym razem o mało nie pozabijali swoich 'sojuszników i braci w kraju'. Tak, gdyby Arthur przyjechał do wschodniej Azji odrobinkę, jakieś 200 lat wcześniej, gdy Portugalia z Hiszpanem zabierali coraz to bardziej łakome kąski światu, to po pierwsze zamiast pięknego chińskiego miasta i kolorowego wybrzeża spotkałby się z zwy, a po drugie Ci ludzie raczej nie przywitaliby ich jedzeniem i zabawą, a strzałami, dzidami i innymi ustrojstwami, które służyły do walki. Gdyby już jakimś cudem spotkał Chińczyka to też nie musiałby się bawić w herbatki, ciasteczka i miłe słówka ale raczej mógłby liczyć tylko na jedną miskę z owocami, 24 godzinne towarzystwo miłych panów z bronią i dzicz. Yao nawet wyobraził sobie taką sytuację w pewnym momencie i uznał, że Arthur powinien dziękować, że teraz znów jest sobą, cesarstwem, a nie jakimś-tam chanatem. Przez chwilę też zastanowił się, czy w Europie w ogóle są jakiekolwiek chanaty. Słyszał kiedyś od Złotej Ordy jakieś skomplikowane słowiańskie nazwy, ale tak dobrze świata nie znał, żeby określić czy były one blisko czy daleko od Anglika. Właściwie to Europejczycy wydawali się mu dziwnie ułożeni. Sam w Europie nigdy nie był, jednak w opowieściach snutych przez Mongołów świat na zachodzie wydawał się być... takim kociołkiem. Nie rozumiał jak na obszarze wielkości drogi łączącej dwie stolice z X'ian do Karakorum mogło żyć aż 7 różnych krajów! Właściwie to jak one egzystowały? W Azji państwa były duże, rozległe, głównie dlatego, że uznawano iż nie godnym się jest bycia nimi, gdy nie potrafi się o siebie samego zatroszczyć. Jakiś kraj nie był w stanie wyżywić swoich ludzi? Oh, chętnie wyżywią ich trzy inne państwa. Ktoś nie miał wystarczających zapasów surowców? Albo się dostosował do tego co ma, albo cóż.. Na pewno jego sąsiad ma pod dostatkiem surowców.. Zwłaszcza tych służących do wyrobu broni. Dlaczego to było ważne? Ano i dlatego, że w Europie każdemu czegoś brakowało - trzeba było handlować, wymieniać jedzenie za złoto, broń za jedzenie, złoto za technologie i tak dalej. W Azji handlowano nie z przymusu, handlowano aby zachowywać dobre stosunki i wymieniać się towarami wyższego rzędu. Gdyby Yao usłyszał, że ktoś w Europie płaci za jedzenie to by się zdziwił jak ktoś taki nadal istnieje jako państwo. Nie oznaczało to też, że nie handlował z nikim, a wręcz przeciwnie! Azjaci kochali się wymieniać, wzajemnie przekazywać sobie swoje dobra pokazując jacy są cudowni, że w ich kraju sa takie cuda. Oczywiście to była też jedna z przyczyn odcięcia się całego wschodu od Europy... Biedni ludzie z zachodu po prostu nie mieli co zaoferować krajom Azji. Technologię? A po co im była, skoro mieli własną? Własne towary? Mieli swoje, samowystarczalni byli. Cywilizację? Jeszcze by wyśmiali, że ktoś oferuje zamianę kilku-tysiącletniej kultury na ledwo tysiącletni zabawę. Zostawało złoto i surowce luksusowe. Ale kto chętnie takie cudeńka oddawał?
Zresztą nie o tym na razie mowa, jeszcze się dojdzie do wszelkich spraw handlowych, prawda? A miało być o księżniczkach. Właściwie o jednej - Chińczyku. Ten bowiem pokręcił głową słuchając słów Anglika o szlachcie.
-Wiem czym jest szlachta. To bogate rody, które sprawują władzę nad ziemiami i są pod... tym kto u Was rządzi. Noszą stroje, które uważają za strojne -'Uważają'. Wystarczyłoby spojrzeć na sposób ubierania się Chińczyka, aby zrozumieć jak bardzo mało strojne były ubrania szlachciców -uważają się za władców świata, rozrzucają pieniądze i mają służących. -Zaraz się roześmiał -C-Całkiem śmieszna sprawa. Wiem, bo gościliśmy już takie osoby. Mhmm.. Jak im było... Mają dziwne nazwiska, strasznie długie i kończące się na dziwne literki, jakieś -ski, -ow, -icz. Podobno zwykli ludzie nie mają takich nazwisk, tylko oni takie noszą. -Wzruszy ramionami -No i kochają złoto. Zawsze im się oczy szkliły jak oglądali nasze pałace. R-Raz nawet jeden zażądał, aby po jego powrocie do domu zrobić mu całą komnatę ze złota, na wzór naszej! A przyjeżdżali tu głównie w celach turystycznych. Nie rozumiem jak można jeździć gdzieś tylko po to, aby oglądać jak tam jest, ale cóż... Tak czy inaczej wiem kim jest szlachta. I nie, nie mam. Uważamy, że to głupie i bezsensowne aby dawać ziemie i majątek komuś kto.. i tak nie rządzi, nie? -Prawda była taka, że szlachta zrodziła się z feudalizmu. W Azji ów feudalizm miał całkowicie inny przebieg, więc fizycznie nie dało rady aby narodziła się szlachta. -Jeśli chodzi Ci o Państwo Środka to możesz to porównać do książąt. Też są bogaci, posiadają ziemie i ludzi. Tylko, że oni podlegają cesarzowi i de facto rządzą nad swoimi terytoriami. Wiesz, aby cesarz nie miał na głowie CAŁEGO kraju! -Primo inteligentne rozwiązanie jak na państwa które były duże. Głowa państwa zwierzchnikiem, a sprawy lokalne we własnym zakresie -Prawie każdy książę wywodzi się z rodu, który kiedyś na danym terenie panował. Uważam, że to całkiem fajne, bo mogą się między sobą mieszać i nie ma problemów jakie są u mojego brata. U niego właśnie jest coś jak szlachta.. tylko inaczej się nazywa. I on ma problem, bo za bardzo są spokrewnieni i rodzą im się dziwne dzieci. N-Nie wiem jak można być takim głupim, aby dać całą władzę w rękach jeden grupy. Jeśli u mnie w kraju żyje kilkaset różnych grup to każda ma księcia. A nad nimi cesarz i wszyscy szczęśliwi. A nie, żebym miał cesarza i jego rodzinę nad całym krajem wszędzie, t-to bez sensu. -Czy on właśnie przypadkiem nie przysrał nie tylko Japonii, który wszędzie trzymał jeden ród, ale też i samemu Anglikowi, który tak jak i cała Europa posługiwał się zasadą zwierzchnictwa? Jeden król to jedna władza, czy nie tak to szło? Król był chrześcijaninem to kraj musiał być chrześcijański. Król był Anglikiem to wszyscy obywatele też Anglikami. A u Chińczyka? Cesarz był Mandżurem, władał językiem mandaryńskim, wyznawał konfucjanizm. A w jego kraju panowało co-najmniej 5 religii, ponad 50 różnych narodowości i jeszcze więcej języków. Dało się? Ano dało! -N-No ale się rozgadałem o samych szlachcicach.. W sumie kiedyś ktoś mi powiedział, ze pasowałbym na taką osobę. Nie wiem czy to dobrze, czy źle..
Poprawił swoje włosy, próbując palcami je rozczesać i jednocześnie nie zniszczyć fryzury. Na głowie miał bowiem dwa ładne koczki spięte ozdobionymi patyczkami i coś co wyglądało jak kwiatek między nimi. Drobna, ale całkiem urocza ozdóbka.
-Skąd wiesz jakie mam zdanie o Tobie? Z moich słów? Powiedziałem jedynie, że jak jesteś miły to można z Tobą spędzać czas, to nic nie sugeruje... -Pokręcił nosem i zamoczył na chwilę usta w herbacie, lubił ją popijać między kolejnymi zdaniami, robiło to efekt przerwy i zmuszało słuchacza do czekania -...A nawet jeśli bym powiedział jakie mam zdanie to... uwierzyłbyś mi? Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że jesteś cudowny i wspaniały i dziękuję bogom, że Cię przysłali na moje ziemie, tylko po to aby coś od Ciebie wyciągnąć. Uwierzyłbyś?
Ostatnie słowo zaakcentował śmiechem. Uraczył Anglika również rozbawionym spojrzeniem. Ale niee, on się wcale z niego nie nabijał!
-Mhm.. Skosztuj ciastek, ozdób się nie jada.. -I jak tu nie wykorzystać takiej okazji do żartu? -...no chyba, że u Was w Europie. Tak czy inaczej nie radzę zjadać złota... Chociaż zrobisz co chcesz, ozdoby są tego, który zjada ciastka, nie? Jak zjesz ciastka, te ptaszki są twoje, a to czy potem je zjesz, oddasz marynarzom czy swojej pannie to mnie to nie obchodzi... Możesz też zostawić sobie na pamiątkę, hmmm...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pią Lis 07, 2014 9:14 pm

Arthur miał w zwyczaju zwracać się do osób niesamodzielnych, lub rządzących księżniczkami, princessami czy jakimikolwiek innymi synonimami. Nawet jeśli były to persony płci męskiej. Jedynie w obliczu głów państwa zachowywał stoicki sposób i ignorował otoczenie pełne tego typu "postaci". Aczkolwiek było to bardo trudne, nauczył się z tym żyć, nie miał zresztą innego wyboru. Poza tym zawsze się to opłacało, jak to później zauważył, później, znaczy wtedy, kiedy po długiej drodze do Indii, niestrudzenie zmierzał dalej i natrafił na górę złota, na której czubku siedział nie kto inny, jak Chińczyk metr czterdzieści (lub mniej). A to dopiero był test odporności psychicznej!
Co zaś do sposobu witania gości przez Chińczyków... Początkowo ich gościnność została przyjęta raczej niechętnie, podejrzliwie. W końcu po zwiedzeniu niemal każdego zakątka (jak się im wtedy wydawało) na ziemi, na którym zawsze witano ich strzałą/kamieniem/czymkolwiek mogącym wyrządzić krzywdę, ciężko było o zaufanie. Mimo to zmęczenie po podróży wygrało, nawet z Arthurem, co nie zmieniło jego zdania o tutejszych ludziach. Było mu szczerze wszystko jedno jak go witano, skoro ci, którzy robili to używając przemocy byli naiwni i głupi, a ci przyjmujący ich z otwartymi ramionami widzieli w tym także korzyści dla siebie, i przede wszystkim mieli chociaż trochę oleju w głowie. Było to nawet logiczne, a przede wszystkim wygodniejsze. Dla załogi. Dla Kirklanda rozmowa z Yao była mniej więcej porównywalna do konwersacji prowadzonej z Francuzami : Tak. Nie. Tak. Nie. Nie. Tak.
- Stanowisko szlachty i tak jest przesądzone... - Na wzmiankę o stroju, Brytyjczyk jedynie uniósł ironicznie brew i przesunął spojrzeniem po odzieniu Chińczyka. Ciekawe, które by wygrało konkurs o najdziwniejszy strój.
Wracając jednak do rozmowy, a raczej monologu Yao, to cały wraz z każdym nowym słowem wyparowywał z głowy Arthura. Nie ma nic bardziej pasjonującego jak rozmowa o szlachcie, a tym bardziej słuchanie o niej. Dlatego też pupil Chińczyka (znaczy się pies) stał się na nowo obiektem zainteresowania. Właściwie ciekawe co by było jakby takie roztrzęsione zwierzątko zabrać na tydzień na statek. Chociaż bardzo prawdopodobnym by było, że wyleciałoby za burtę. Przykre, ale jakby to sobie wyobrazić, całkiem zabawne.
No ale zabawa zabawą, w końcu też się znudziła. W takich chwilach pozostaje tylko jedna technika, póki co niezawodna. Do tego oczywiście była potrzebna perfekcyjna koordynacja ruchowa i spore nakrycie głowy. Owa technika zwała się pozą " na myśliciela". Arthur po prostu splótł dłonie na piersi i opuścił nieco głowę, by odciąć możliwość kontaktu wzrokowego ze swoim "rozmówcą". I po tym po prostu jakby zastygł, umarł, hibernował, wszystko w jednym. Słowem, odleciał do krainy, o której nawet wszystkowiedzący Yao nie wiedział.
Nawet kiedy zostało mu zadane pytanie początkowo nie zorientował się, że było ono skierowane do niego. Przecież nie słuchał. Chwile spoglądał na Chińczyka marszcząc lekko brwi. Po jego minie tylko zorientował się, że znowu księżniczkował w artystyczny sposób. Dlatego w odpowiedzi jedynie mruknął krótkie "aha" i pozostał z twarzą bez uczuć. Dopiero kiedy Yao po raz kolejny "oświecił" go informacją o niejadalnych ozdóbkach ze złota ledwo powstrzymał się przed tzw. facepalmem. Działo się coś dziwnego, że przy tym człowieku nawet myśl o złocie go zniechęcała. A może to tylko urok wykładu o szlachcie. - Myślę, że twoim ciuszkom te ozdóbki bardziej przypasują. Nie będzie ci potrzebna pochodnia w nocy, bo będziesz odbijać światło nawet od świetlików. - Te kilka dni chyba i tak niewiele im dały...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Sob Lis 08, 2014 7:39 pm

Poza, którą przyjął Arthur tylko go zaintrygowała. Zaśmiał się od razu i odrobinę go sparodiował - spuścił podobnie głowę, zmrużył oczy, tak samo splótł ręce i przyjął minkę na zbitego pieska. Zauważył jak się wobec niego Anglik zachowuje, jak prowadzi rozmowy i jaki ma styl bycia. Tylko że... uważał, że dla niego to jest normalne. Ba, jakby tego było mało uznał, że Europejczycy tak mają - naburmuszeni, rzucający zdawkowymi słowami. No i skoro Arthur swoje.. to on będzie robić swoje! Dużo ruchów, dużo gestów, dużo emocji, dużo słów! Tak po Azjatycku. Nawet go to śmieszyło, jak taka zabawa.
-Nie używamy pochodni, mamy latarnie. No i nie rozumiem o co chodzi.. Przecież to normalne, że ubrania świecą. -Ba, dla niego i większości Azji normalne.
Resztę sprawy ubrania i świecenia po prostu olał, machnął na to ręką i skupił się znów na oglądaniu Anglika.
-Na północy ludzie wierzą, że zimno obcina słowa i skraca języki. Coś czuję, że Europa musi być baaaaardzo lodowatym miejscem. -Zażartował sobie w związku z niegadatliwością Anglika -Choć Portugalczycy są strasznie gadatliwi. Ostatnio nawet węszyli i pytali się kogo my tutaj chowamy. Hah, zazdrośnicy. -Ponownie zażartował pocierając palcami o nos -Ciągle mi kręcą koło nosa o to miasto, ale niee.. Nie dam im, to taka nasza perełka portowa. Zresztą mieli szanse i przegrali bitwę więc... -Rozłożył ręce. -Wieśniacy mają tutaj swoje święte miejsce. W sensie próbowaliśmy ich przekonać do naszych religii, ale nie słuchali, więc ich tak zostawiliśmy. Tak czy inaczej to miasto jest dla nich ośrodkiem ich religii. Wierzą, że Bogowie wyznaczają kto posiadać Hoeng Gong. Stek bzdur ale cóż... Chodzi mi raczej o to, że przyszli Portugalczycy i chcieli nam odebrać to miasto. Ehe, już im pozwalamy.. i co jeszcze? Tak czy inaczej Ci wieśniacy nie pomagali bronić. Nie, rozłożyli ręce i że oni się zdają na wolę Bogów. Jeśli Bogowie będą chcieli aby Europejczycy nimi rządzili, to oddadzą miasto Europejczykom.. W życiu nie byłem taki wściekły, myślałem, że osobiście zamorduje tych kapłanów. No, ale Portugalczycy przegrali bitwę... Ba! Przegrali DWIE BITWY. Wieśniacy mówią, że to Bogowie wybrali nas, Chińczyków... ale ja uważam, że po prostu Portugalczycy to idioci. Oni nie są 'morską potęgą'. Gdyby byli, to by z nami na morzu nie przegrali, tak? Ja nie zajmuję się tymi całymi statkami i tak dalej.. N-Nie jestem pasjonatem morza, nie lubię pływać.. Nie jestem żadną potęgą morską, tą pałeczkę oddałem innym, Japonia się tym bawi, mi statki potrzebne są do tylko handlu.. Zresztą proszę, czy ja wyglądam na kogoś, kogo pociąga woda? -Pokręcił głową -Dla mnie podróż do mojego brata to katorga... Jako jedyny musiał sobie wybrać wyspy. Cholerne wyspy. Nie mam nic przeciwko mieszkaniu na morzu, ale mam SPORO przeciw ciąganiu mnie tam statkami. -Pokręcił nosem. No i proszę, monologi Chińczyka - od języka i skąpej mowy Anglika po ciąganie brata po wyspach.
Rozgadał się, nawet nie będąc tego świadom, po prostu słowa się wysypały. Jego piesek zaś, wykorzystał ten czas, aby wesoło skakać sobie wokół angielskich nóg i ciągać delikatnie za nogawki. Mały lwiopodobny pupil chińczyka darzył miłością dosłownie wszystkich - typowy piesek do towarzystwa. A gdyby został zabrany na statek? Pewnie by się dobrze poczuł, wszak te pieski też towarzyszyły handlarzom pływającym po wyspiarskiej Azji, są przyzwyczajone, radzą sobie i jedynym zagrożeniem dla niego byłby sam humorek Arthura.
-Mhm, nie przeszkadza Ci on? -Sam Yaoś zauważył tą natarczywość pieska. Zaraz wstał z siedzenia i kucnął przy Arthurze, aby złapać zwierzaka za fraki i raz-dwa podnieść -Nu, nie wolno tak zaczepiać obcych, zresztą on nie ma nic dla Cieb..
Nie dokończył, piesek mu się wyrwał z rąk i.. zeskoczył na kolana samego Arthura.


(Psiak Yao wygląda mniej-więcej tak: https://33.media.tumblr.com/17da6af57bc1656ccea9e08cefcac55d/tumblr_ne4v36A5391s72h28o1_500.jpg http://cf.ltkcdn.net/dogs/images/std/65321-405x297-Chow_chow.jpg <3)

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Wto Gru 30, 2014 7:25 pm

Na tę ciekawą parodię coś w Kirklandzie pękło, a mianowicie była to, wyjątkowo cienka w jego osobie nić zwana cierpliwością. Arthur absolutnie nie był personą cierpliwą (jakby się czasem zdawać mogło). U niego w końcu cierpliwość nie polegała na powstrzymywaniu się przed chamskimi odzywkami, czyli tzw. trzymaniem języka za zębami, bo w tym wypadku byłaby ona zerowa, a na zupełnym ignorowaniu rozmówcy/ osoby/rzeczy z otoczenia mogącej spowodować, że użyłby słów. Swoich słów.
Dokładniej pomyślał o tym kilka dni wcześniej, gdy po kolejnej nieudanej rozmowie z Chińczykiem zdał sobie sprawę, że jeśli jakkolwiek chce zajść dalej (choć w głębi duszy nie chciał), musi zgromadzić w sobie opanowanie i cierpliwość. Mimo wszystko teraz wystarczyło jedno spojrzenie na siedzącą przed nim osobę, a zaczynało się w nim gotować. Nie robił nic szczególnego, a jednak działało to na niego jak płachta na byka, jak Francuz na horyzoncie i rudy czerep z wysp. W istocie, Arthur był kompletnie pozbawiony cierpliwości, opanowania, uprzejmości a jego największą piętą Achillesową był absolutny brak dystansu do własnej osoby.
- Ubrania świecą, a to ciekawe - Prychnął i po raz kolejny zmierzył go suchym spojrzeniem. Nie zamierzał mu już nic tłumaczyć, czuł, że jest to zbędne. Nawet jeśli powiedziałby mu, że ubrania to nie same błyskotki, bo na czymś się one trzymać muszą, a latarnie, tak samo jak pochodnie potrzebują ognia i o zgrozo, dają światło, to i tak ten by nie słuchał.
Co zaś do gadatliwości Arthura, osoby znające go najlepiej dobrze wiedziały na co go stać jeśli chodzi o liczbę i rozmaitość dobranych przez niego słów. W tym jednak wypadku trudno się było nie zgodzić, że Europa przy tym rozgadanym Chińczyku to niemal biegun, albo i Neptun. Teraz on po prostu słuchał, wlepiając beznamiętne spojrzenie w rozmówcy. Czy Yao sam wiedział o czym mówi?  Nie miał się w życiu komu wygadać, czy też jego mała łepetyna była jak ocean, ogromna, niezbadana i niestabilna? Nie było sposobu jakkolwiek zareagować na którąkolwiek jego wypowiedź, bo znowu zaczynał kolejną i kolejną, i kolejną.
  - Nie mam nic do zwierząt - Burknął nieco akcentując ostatnie słowo. Teraz jego wzrok zatrzymał się na tym małym, uroczym i cudnym stworzonku. Serce się kraja jak ta mała psina musi cierpieć w tym miejscu, robiąc za maskotkę rozpieszczonej księżniczki.
 Kiedy szczeniak wskoczył mu na kolana, początkowo intuicyjnie odchylił głowę i zmierzył go badawczym, i dosyć niechętnym spojrzeniem. Zaraz jednak wzrok jego złagodniał, a dłoń wylądowała na łepku pieska. A kiedy spojrzenia jego i zwierzaka się spotkały, jak grom z jasnego nieba uderzyła Kirklanda myśl zbawienna. To niczemu winne stworzenie zasługuje na wolność! Męcząc się tutaj ma stracone życie i to Arthur jest tym jedynym, który może mu zapewnić szczęście!
To był ten moment w którym Arthur Kirkland zatracił się w rzeczywistości...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Czw Sty 15, 2015 12:00 pm

Już chciał zabrać zwierzaka i odciągnąć go gdzieś na bok aby nie przeszkadzać. Arthur wydawał mu się osobą... chłodną. Tak, już parę takich przypadków miał w swoim życiu - z jednej strony Mongoła, który nie widział nic dziwnego w piciu końskiej krwi i paleniu wiosek, a z drugiej miał Japonię, który był chyba chodzącą kostką lodu beż ani krzty emocji. Anglik był dla niego takim Mongołem który nie palił wiosek i nie pałał miłością do koni połączonym z Japonią, który potrafi wyrazić chociaż część emocji. O zgrozo, z kim mu przyszło rozmawiać! Chociaż z drugiej strony już trafił na wiecznie-szczęśliwego-radosnego-i-pełnego-energii Portugalię i jak to się skończyło? Trochę się pobili na morzu i teraz siedzi tam zamknięty w swoim mieście, a wszelkie spotkania na liny Port-Chiny kończą się kłótniami o Makau... Lub tym, że jeden nie jest w stanie przegadać drugiego. Przez chwilę nawet Yao przeszło przez myśl, że skoro Arthur tak skrajnie się różni od Porta to może będzie się dało dogadać, ale nie.. Toto jest jeszcze bardziej upierdliwe i żyje chyba w swoim zamkniętym świecie!
...czemu Europejczycy nie mogą być jak Azjaci? Pobijemy się, ale ogólnie da się dogadać.
Cóż, może dlatego, że Azjaci są SPOKREWNIENI? I nawet jeśli dadzą sobie w mord... w twarz to i tak zaraz będzie 'ej no bracie' i się jako-tako pogodzą, bo wiedzą, że w końcu ziemie trzeba ze sobą dzielić jakoś, nie?
No ale miała być mowa o psiaku, prawda? Yao już widział w myślach jak wielki pan władca i zdobywca będzie oburzony, że jakiś chiński zwierzak śmiał przysiąść na jego kolanach... a tu takie zaskoczenie! Malutki piesek ułożył się wygodnie i wlepił oczka w Arthura. Puszysta kulka będąca ogonkiem natomiast zaczęła energicznie latać na lewo i prawo pokazując zadowolenie zwierzaka. Tak oto na kolanach Anglika spoczywał mały lwiopodobny wyraźnie szczęśliwy piesek, a sam Yao ledwo stał obok zadziwiony reakcją... obydwu! Bo i nie spodziewał się, że Arthur pogłaska zwierzaka. Oczywiście mała psinka zaraz to wykorzystała i podsunęła się bliżej na jego kolanach wystawiając łepek do głaskania.
-...Mój.. Piesek... -Sam Chiny wymruczał dość zdziwiony. Taki obrazek nagle zaczął mu się wydawać strasznie uroczy i wzruszający, więc chińskie policzki przybrały kolor dorodnego jabuszka. Yao nie chciał jedna tego ukazać swojemu rozmówcy więc przysłonił nos ręką i odwrócił głowę. -...S-Skoro Cię lubi i Ci to nie przeszkadza, to możesz go trzymać tak...
Nie chcąc wciąż zakrywać rumieńców uznał, że najlepiej będzie jak po prostu siądzie i będzie próbować ukryć to rozkochanie w przed chwilą ujrzanej scenie po prostu zerkając na bok i próbują trzymać ręce przy twarzy.
-...Um... Widziałem u Ciebie podobne stworzenia. -Niestety wcześniejsze działa nie przynosiły żadnego efektu, a sam Chiny robił się tylko bardziej rumiany na tych pyzowatych polikach i zadartym nosie, więc postanowił, że może rozmowa coś zmieni -...W sensie u Twoich marynarzy i takie tam... Takie duże i z grzywami. Widziałem jednego prawdziwego bardzo bardzo dawno temu.. -Zanim jeszcze Amerykę odkryto! Zresztą on nawet nazwy lwa nie zna, bo nadać nie zdążyli u niego -...Chow Chowy przypominają mi te zwierzęta. -Kolor podobny grzywa jest! -...W sumie zastanawiam się co Ty masz wspólnego z tymi.. grzywiastymi zwięrzetami, chyba nie żyją u Was, prawda? - A przynajmniej Anglicy nijak mu nie pasowali do ciemnoskórych śmiesznych ludzi, który owego lwa mu pokazali.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Sty 26, 2015 9:57 pm

Mu było wszystko jedno jak ten obrazek wyglądał. Znaczy się on i małe puchate zwierzątko, które o dziwo było bardzo zadowolone z jego towarzystwa. Arthurowi osobiście szczeniak całkiem przypadł do gustu. Po pierwsze, był to zwierzak, po drugie nie gadał, nie szczekał za bardzo i był ultra uroczy. Nie to co ten Chińczyk, nie dość, że gada jak najęty to jeszcze oczy bolą od tych jego świecidełek. Poza tym te jego dziwne reakcje na wszystko, przykładowo te dziwne rumieńce, machanie rękoma i sposób w jaki się gapił. Może i ci ludzie mieli małe oczy, ale ta ich skośność aż kaleczyła. Czuć było na każdym kroku, jak obserwuje cię ich cała armia, a spojrzenie tego małego było jeszcze gorsze. Dlatego też Anglik próbował skupić się na zabawie z pieskiem... Dopóki nie zdał sobie sprawy, jak to wygląda.
W tej chwili właśnie skończyła się zabawa z jakże uroczą kuleczką, która została odeskortowana do rąk własnych pana właściciela, znaczy się Yao.
- Lwy... Jedyne w czym twój szczeniak je przypomina to ta śmieszna grzywa. Poza tym nie widzę podobieństw. Lew najchętniej powaliłby cię na ziemie, wbił kły w tętnice i zadusił, a to małe może co najwyżej zabić słodyczą - Męczyło go ciągłe siedzenie, więc podniósł się i powoli zaczął krążyć po pomieszczeniu, z rękoma splecionymi za plecami. Badawczo wodził spojrzeniem po każdym, najdrobniejszym zdobieniu, które.... no zdobiło ściany i sufity. Nie, to nie był styl, który odpowiadał Brytyjczykowi nie biorąc oczywiście pod uwagę tworzywa, jakim był on urozmaicony. Złoto, perły i inne drogie kamienie, mimo iż w guście Arthura nie pasowały jako elementy ubrań, czy też architektury, lub jak by tego inaczej nie nazwał, zdecydowanie odpowiadały skarbcom. Tak. Bo jak inaczej zagospodarować tymi bogactwami? Od tego są by się na nie gapić.
- Owszem, nie mam z nimi nic wspólnego, co jednak nie oznacza, że nigdy ich nie widziałem. Podróżuję po świecie, więc widzę wiele rzeczy. - Zatrzymał się na drugim końcu pokoju i rozejrzał się jeszcze. Jakby tu dodać parę mebelków... Takich z Europy, które ni w kij ni w oko by nie pasowały wypełniłyby nieco przestrzeń, od razu zrobiłoby się milej.
Ale zaraz... Przecież on nie zamierzał tu mieszkać.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Sty 26, 2015 10:47 pm

Oddano mu pieska, a to ciekawe. W głowie zanotował sobie uwagę o tym, że Arthur potrafi być uroczy i... ludzki, ale od razu jak zauważał że taki się staje, to zaprzestawał swoich akceptowalnych przez społeczeństwo zachowań. Tak więc Yao chcąc nie chcąc musiał utrzymywać zwierzaka na rękach, głaskając go po łebku zawiedzionego psiaka, któremu chyba było mało Arthura, bo wystawiał w jego stronę łapki.
-Lwy? A-Ach tak, lwy! -Czyli tak się to nazywa! -Miałem kiedyś jednego, przywieźliśmy go z tego śmiesznego lądu, gdzie żyli ciemnoskórzy... ale to było tak dawno... Z 400 lat temu? Może 500... -Na sto lat przed tym jak Kolumb odkrył Amerykę! -...Były groźne, ale zwierzęta mnie lubią. -Coś przecież musi, nie? -Chociaż to ciekawe, że masz lwa jako symbol. U nas jest smok. Na flagach też mamy smoka... a-ale to chyba zauważyłeś, shi de? I... I się rozgadałem.
On tam gadał, a Anglik się urządzał w jego domu, czyli wszystko w normie.
-Nie podoba Ci się tutaj, co? Dużo podróżujesz, więc pewnie wolisz inne miejsca...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Sty 26, 2015 11:03 pm

To sobie piesek jeszcze poczeka. Póki co, co innego przykuło uwagę Brytyjczyka, zresztą sami dobrze wiemy cóż to takiego było. Co zaś do ludzkich zachowań, Arthur w istocie miał ciekawy charakter. Dla niego bycie innym od innych było naturalne, tym się wyróżniał, nie stawał się przez to zwykły, pospolity. Był nacją? Był. Skoro już był "pospolity" przez samo to, kim się urodził, tak mógł się dalej tworzyć jak chciał. Przynajmniej tak działała jego logika. Nie patrząc też na to, podróżował po świecie, widział jaki jest świat. Nie była to kraina złotem i perłami wysadzana, jak ta w której się teraz znajdował.
- Chętnie bym zobaczył jak bardzo cię polubił, cud, że jeszcze jesteś w całości... - Prychnął pod nosem, nawet nie patrząc na Chińczyka. Może sobie być przyjacielem ze wszystkimi, ale nie uwierzy, żeby lew od tak był dla niego milutki. W końcu to drapieżca.
- No widzisz, ty masz jako symbol coś co nie istnieje, a ja mam coś, co istnieje, ale nie występuje u mnie. Doprawdy ironia.... -
Nie żeby nie podobał mu się ten styl, jednak był... Inny od tego, który Arthur znał. Wszystko się świeciło, było bogate, ale i surowe jednocześnie. Poza tym brakowało drewna, do którego mimo wszystko Brytyjczyk był przywiązany.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Sty 26, 2015 11:16 pm

Sam Yao miał trochę inny tok myślenia. On urodził się jako kolejne dziecko Azji, mały chorowity chłopczyk w kraju ogarniętym wojnami, gdzie nikt, włącznie z własnym ojcem go nie chciał. I w sumie dopiero gdy pojawił się pewien pan który go usadził na tronie i poubierał w złote szatki. Tak, od tego czasu Yao stał się krajem, bogiem, władcą świata i Chińczycy raczą wiedzieć czy jeszcze. Oczywiście trzeba nadmienić, że przy całej tej 'boskości' zdarzało mu się w życiu udawać szarego zwykłego człowieka. Ot, jak niańczył dzieci, czy babrał się w błocie i koniach z Mongołami. A świat? Świat dla niego to były Chiny w całej swej okazałości, sąsiedzi i wszystko 'poza Azją' - dziwne ziemie które albo zobaczył na kilku.. chyba zrobionych tylko z nudy wyprawach albo o których słyszał od osób pokroju Anglika czy Portugalii.
-Polubił mnie bo był mały. U nas to nic dziwnego... Ymm.. Pochodzisz z Indii, więc wiesz co to tygrysy. Tak czy inaczej mój brat zajmuje się oswajaniem tygrysów. Tygrys, lew, jeden pies..
Machnąłby ręką, ale właśnie ten pies znajdował się w ramionach Chińczyka. Szczeniak nie omieszkał się go też parę razy polizać, gdyś sam Yao zdał się przejąć kolejnymi słowami. Dla niego smoki istniały, ale dobrze pamiętał Portugalię i jego śmiech po tym jak go oświecił na temat tych stworzeń. Cóż, Portugalia był chociaż miły i tak zareagował, to jakby mógł skomentować to Arthur.
-T-Tak, ironia... Smok to u nas symbol cesarza, dlatego. I mnie odpowiedziałeś na pytanie.. Czy Ci się tutaj nie podoba.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Sty 26, 2015 11:30 pm

Wspominając o dzieciństwie, żadne z nich nie miało dobrze. Arthur był sierotą, potem trafił na Francuza i jeszcze rodzeństwo... Teraz będąc dorosłym nie starał się robić z siebie ofiary, wręcz przeciwnie, zaczął żyć życiem, którego jeszcze za dzieciaka nienawidził. Plądrowanie, podboje, niewola, choć miał ludzkie uczucia, nauczył się walczyć własnymi słabościami, zresztą całkiem nieźle na tym wychodził.
- Mały lew zmienia postać rzeczy... - Zmienia wszystko, Yao już stracił ten procent kozackości w oczach Arthura. - Powiedzmy... I wiem. Tak dla twojej wiadomości, tygrys i lew to są dwa różne pieski, a i piesek jest z innej bajki... - Zostawił oglądanie manatków i przeszedł sobie dalej, tym razem oglądając drzwi.
Co do istnienia smoków... Arthur... Widział wróżki, gremliny i tym podobne więc wewnętrznie inaczej by to przyjął. Mimo to... każdy naród miał swoje mity, a Kirkland wierzył tylko w to, co sam zobaczył. A o smoku odzwierciedlającego cesarza nawet nie chciał słyszeć. Co to ma oznaczać? Smoki nie istnieją, są zmyślone co oznacza, że i cesarz jest zmyślony? Bujdy na resorach.
- Tak bardzo ci zależy na mojej opinii? - Spojrzał w stronę Chińczyka i uśmiechnął się w nieco złośliwy sposób.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Sty 26, 2015 11:53 pm

Mieli przechlapane i tyle w tym temacie. Jeden jednak poszedł w ślady buntu przeciw światu, a drugi poszedł w... błyskotki i udawanie boga? Wspólny to tam pewnie narcyzm i takie tam. A mówią, że narcyzami są jedynacy.. A gdzie tam! Narcyzami są właśnie takie o istotki jak ta dwójka!
Na małego lwa pokręcił głową. Mały, nie mały, potem urósł i to się liczy. Zresztą Yao nie był idiotą, nie rzucałby się na dużego bydlaka, prawda?
-Nie wiem czym jest lew. Tygrysy są bardziej jak koty niż psy.. Sporo tego tutaj żyje, więc nie radzę pałętać się po lasach samemu w nocy. -Bo najwyżej coś Cię zeżre.
I w tym momencie serduszko Walii byłoby pewnie złamane, zdeptane i zniszczone po kres jego dni. Znaczy byłoby, gdyby Walia usłyszał swojego podopiecznego i te myśli o smokach. Ale na szczęście starszy w Brytyjskości był setki, tysiące kilometrów stąd, więc los myśli o smokach został skwitowany jedynie westchnięciem chińczyka. Swoją drogą ciekawe co by Arthur zrobił, gdyby faktycznie jakiegoś smoka chińskiego zobaczył. Albo feniksa. Albo jednorożca! ...z dwoma rogami. Kto wie, może za jakiś czas takowe się mu ukażą?
-...Zależy? Niby dlaczego? Nie znam Cię za dobrze, jesteś dla mnie niemiły od samego przybycia tutaj i pewnie i tak za jakiś czas mnie zostawisz samego.
Ledwo skończył mówić jak te drzwi ktore tak oglądał Arthur otworzyły się a zza nich wyskoczyła młodziutka służąca obwieszona jakimiś świecidełkami. W pierwszej chwili otworzyła te drzwi dość gwałtownie od razu rzucając 'Panienko Yao, piraci znów zaatakowali statk' ...po czym urwała widząc Arthura. Biedne dziewczę, ujrzawszy blond włosy, jasną skórę i duże zielone zarumieniła się bardziej niż robił to zwykle Chińczyk i zacisnęła mocno drobne paluszki na świecącej sukience. 'Przepraszam, n-nie wiedziałam, że gościsz swojego chłopca, rzuciła zaraz czerwona wprowadzając samego Chińczyka w stan całkowitego zamurowania, aż nie wiedział co powiedzieć. '...ten poprzedni był bardziej ciemny.' I kolejne słowa służki, które sprawiały, że Chińczyk powoli przypominał zatkany pomidor.
-N-Nic Portugalia tu nie ma do tego! T-To POWAŻNE SPRAWY P-PAŃSTWOWE!
A jednak coś z siebie wydusił, na co służka jedynie zaśmiała się pod nosem i skłoniła przed Anglikiem, po czym uciekła zamykając za sobą drzwi.
-Ch-Cholerna...!

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Wto Sty 27, 2015 12:14 am

No ta cecha na pewno była wspólna... Narcyzm, pragnienie władzy, pieniędzy, nikogo ponad sobą i .... pieniędzy!
- Mówiłeś, że miałeś lwa a teraz nagle nie wiesz co to. W dodatku wspomniałeś, że przypomina twojego psa. Albo się plączesz w kłamstwach albo jesteś po prostu idiot. - Westchnął. Jakby zobaczył smoka to nie wiadomo, ale na jednorożca... Niewiele. Pomyślałby po prostu, że ten został skrzywdzony, gdyż jednorożce mają JEDEN rożec... rożeń? To byłby już dwójrożec, a to już inna istota.
- Nie czuj się wyjątkowo, jestem taki dla wszystkich. Poza tym tak samo ty od samego początku próbujesz mnie usadzić w kącie jako, że jestem tu obcy, udając, że jesteś taki gościnny. -
No i w tej chwili pojawiła się ta jakże urocza Chinka. Zanim zdążyła zabrać głos sam jej widok nieco odświeżył umysł Arthura, który wcześniej był zapchany myślami o ucieczce stąd. Niedługo później jednak... Kirkland został "Yaosiowym chłopcem". Ta wiadomość nie tylko samego gospodarza zamurowała, ale i samego Arthiego. W całej jego karierze... Zaznaczmy karierze, nie życiu, nie nazwał go "swoim chłopcem".
- Swojego chłopca... - Prychnął i spojrzał na Yao z pełnym jadu uśmiechem. - Urządzasz sobie tu burdel? A ten ciemny to który? Portugalia? - Splótł dłonie na piersi i przybrał na nowo poważny wyraz twarzy. - Ty nie prowadzisz tutaj państwa, a kabaret i próbujesz robić ze mnie idiotę... Albo, próbujesz robić idiotów z twoich poddanych. Albo to Portugalia okazał się być idiotą... Nieważne - Prychnął. - Twój bezsensowny i, jakże tani plan się nie powiódł. Nie zamierzam być twoim chłopcem, zresztą... - Po chwili namysłu na twarzy Arthura zagościł, nieznany póki co Yao, tajemniczy i dosyć niepokojący uśmiech. - Najpierw zastanów się kogo tak nazywasz, bo role mogą się odwrócić~.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Wto Sty 27, 2015 1:30 am

Wbrew pozorom Yao nie pragnął pieniędzy. Władzy? Może trochę, bycia na wierzchu zawsze, ale pieniędzy niezbyt. Złoto u niego po prostu.. było. A kiedy już zdarzały się chwile jego braku to nie odczuwał takiego dyskomfortu jakoś specjalnie. Mógłby nawet i być biedakiem, byleby być nad innymi i mieć poczucie władzy. No i żeby go chwalono.
Wcale nie kłamał, on po prostu miał taki styl mówienia. Nie wiedział dużo o lwach, bo chodź sam miał to... ile się można dowiedzieć z jednego osobnika, z którym jeszcze nie mógł się codziennie widywać? I nie, nie krzywdził też zwierząt, a już zwłaszcza jednorożców. Jak był dzieckiem brat opowiadał mu starą legendę z tych terenów o tym, że jednorożce służyły za taką swego rodzaju pocztę dla bogów - roznosiły wiadomości po całej Azji. No i broniły tych terenów przed 'złymi ludami'. W tym momencie dla samego Yao Arthur był takim 'złym człowiekiem spoza Azji'. Przecież on sam nie był zły, nikogo po kątach nie rozsadzał. Owszem, miał swoje specyficzne zachowania, ale wszelkie problemy z nimi brały się z przepaści kulturowej miedzy nimi. A że Arthur był obcy? No przecież był. Anglik gdzieś daleko pośrodku Azji, wśród Kantończyków, w terenach które nijak nie przypominały Wysp Brytyjskich... no przecież był bardziej obcy tutaj niż kosmici w Ameryce!
Dziewczyny się nie spodziewał naprawdę, nawet jej nie planował. Stał jak wryty i nie wiedział co powiedzieć. Pal licho jeszcze gdyby ona sama taką wstawką wyskoczyła. Gorzej było, że zaraz po niej nastąpił monolog Anglika, który mówiąc bez ogródek... był dla Yao nieprzyjemny i już nawet nie tyle go uraził, co po prostu zasmucił i zdołował. Przytulił do siebie pieska i spuścił głowę zerkając na bok.
-...To nie jest moja poddana ani moja służąca. -Zaczął cicho chodź nie był pewny, czy Arthur go wysłucha. -Jest Japonką, mieszka tutaj tylko dlatego, że tutejszy książę lubi Japończyków... A-Ale wiesz co? Japończycy nienawidzą Chińczyków i zawsze przedstawiają nas z najgorszej strony. Tym bardziej nas nienawidzą, bo jako jedyni z naszego kręgu kulturowego chcemy handlować z Wami. -Indie to nie ten krąg już.. tak jakby ktoś się pytał -Ale proszę bardzo, pomagaj kopać moją osobę komuś kto uważa Cię za zło wcielone i którego pobratymcy dzisiaj, jutro, albo za kilka dni mogą puścić z dymem Twoje statki. -Przeniósł wzrok na swojego psa, który zauważył chyba zmianę w nastroju swojego pana, gdyż polizał zaraz chiński policzek -Może to tak nie wygląda, ale wszyscy poza mną mają zakaz handlu z Europą, a Ci ludzie wykorzystują każdą sytuację, aby i nas przekonać, że Europejczycy to zło wcielone, żebyśmy do ich zamkniętego grona dołączyli... a może nie muszą tego robić? Sami dajecie taki przykład. I powiem Ci tylko, że to bardzo nierozsądne zrażać do siebie jedyną osobę, która chce Ci pomóc a dawać się łapać w zagrywki tych, którzy Cię nienawidzą. -Odwrócił się plecami do niego -Zresztą myślałem, że jesteś inteligentniejszy niż żeby dać się omotać głupiej Japonce, która dokucza mi od kiedy tylko się tutaj pojawiła.
Położył pieska na ramieniu, przez co mały zwierzak mógł patrzeć na Anglika. Wyglądał tak nieporadnie, jakby nie rozumiał, czemu jego właściciel jest smutny i co się właśnie stało, a jednocześnie sam chciał być szczęśliwy i z pełna energią starał się pokazać swoją radość poprzez energiczne machanie ogonkiem czy wiercenie się. Sam Yao przez chwilę musiał stać tyłem aby powstrzymać płacz, który jak czuł zbierał się w nim przez kilka sekund, a dopiero, gdy był pewny, że w miarę panuje nad sytuacją odwrócił się bardziej bokiem do niego i kątem oka zerknął na ten popisowy angielski uśmiech.
-Nie kłopocz się, dlaczego niby miałbym ja być Twoim chłopcem?

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pią Sty 30, 2015 10:46 pm

To by było w sumie ciekawe. Nawet jeśli to Yao i tak musiał przywyknąć do złota i dostatku. W biedzie nikt nie jest ponad nikim, chyba, że nagle zapragnąłby panować nad bydłem albo trzodą chlewną. Zresztą takie życie nawet do niego nie pasowało (To samo tyczy się Anglika).
Co zaś do jednorożców... Gdyby jednak Arthur i Yao mieli przychylne stosunki, ten temat byłby na pewno żywo poruszony. Arthie widział je na co dzień, były mu bliskie, choć rzadko przyznawał się do ich istnienia (nie te czasy na bycie kluchą). A kto wie, jak zareagowałby na historie Chińczyka. W obecnej chwili puszczał je mimo uszu, mogłyby być ciekawe, intrygujące, jednak upartemu nie przetłumaczysz. Arthur przyjął, że i tak nie polubi Yao, bo tak. Zresztą czemu miałby lubić kogoś kto mieszka, obnosi się i zachowuje jakby był panem świata, kiedy porównuje lwa do swojego pieska? Absurd! To Brytyjczyk był tu kolonizatorem, a Chińczyk mógł się kisić w tym swoim złocie ile chciał o ! I tak Europejczyk miał plany co do tego miejsca...
Postawa Yao i jego "skrucha", jak i odpowiedź nieco ostudziły Anglika. Cóż, był też człowiekiem, mimo wszystko, nie lubił sie obnosić ze swoim prawdziwym ja, zwłaszcza przy obcych.
- To ciekawe "Panienko Yao". Co ma znaczyć "lubi Japończyków"? To jeszcze bardziej upewnia mnie w tym, że macie tu jakieś chore przedsiębiorstwo, czy jakkolwiek tego nie nazwać. - Zlustrował ponownie postawę Chińczyka i przewrócił oczami. Naprawdę... Aż głowa bolała, ten gość był naprawdę nieobliczalny.
Na wzmiankę o Japończykach i ich "potędze" Arthur jedynie odchrząknął.
- Nie pieprz głupot. Mówisz, że cię nie znam a sam mnie oceniasz. - Skrzywił się. W sumie było mu wszystko jedno, ale obrazy znieść nie mógł. - Sam się puszysz na wszystkie strony słysząc o sobie złe słowa. Europa to mieszanina kultur, zresztą jak sam widzisz po nas i Portugalczykach. Ale po co gadać.... - Po chwili wrócił na miejsce i na nowo usiadł, wlepiając spojrzenie w Chińczyku. Doprawdy, nie wiadomo było czy się śmiać czy nie. Azja... ciekawe miejsce.
- Jak nie chłopcem to zawsze możesz być panienką, zresztą z tym tytułem bardziej ci do twarzy. - Westchnął i odwrócił wzrok na bok. - I nie becz... - Bo inaczej gentlemańska duma pójdzie w las razem z Brytyjską dumą.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Lut 02, 2015 4:47 pm

Czy Yao kiedykolwiek poznał smak biedy? Właściwie przez pewien okres swojego życia porzucił pałace dla namiotów, koni i stepów ale nie można było to nazwać życiem w biedzie, a raczej - zmianą stylu życia. Ot, jak Anglicy mają drewniane mebelki i żyją w prostych budynkach, Chińczycy wszystko złocą i umieszczają miliony ozdóbek tak Mongołowie żyją w namiotach. I każdy jest na swój sposób bogaty. Zresztą nie te o bogactwie tu mowa. O jednorożcach w sumie tez nie, bo Yao i tak o nich nie opowie do póki nie polubi Anglika... Albo nie, w przypadku Yao stwierdzenie iż 'polubi' kogoś było złe, bo Chińczyk, nie prawie wszyscy Chińczycy zdawali się darzyć sympatią osoby które poznały przed chwilą, taki naród, takie usposobienie. Tak więc gdyby zaczął ufać Anglikowi, tak, wówczas najpewniej by mu opowiedział chociażby o jednorożcach. A czy Yao był skłonny zaufać Anglikowi? Zapewne gdyby przestał z jego strony doświadczać wiecznego nastawienia na nie, pogardy i kompletnego braku zainteresowania swoją osobą to by mu może i zaufał, łatwowierny jest chłopaczyna.
-M-Mówiłem, że każdą prowincją rz-rządzi inny książę... Tutaj żyją Mandżurowie, oni ich lubią.
Chiński policzek dotknął puszystego futerka pieska, który zaczął nosem dotykać właściciela, jakby chciał... pocieszać?
-P... Portugalia był miły. -Ładne słowo 'był'. Przełożył sobie pieska tak, aby móc go trzymać jedną ręką. Drugą przetarł własne oczy -Z-Zresztą nieważne...
Na stwierdzenie o panience tylko zamrugał zdziwiony. O co mu niby chodziło? Był świadom, że ma damski typ urody, jednak nadal nie rozumiał dokładnie co ten insynuował.
-Nie wyglądasz na takiego co potrzebuje panienki. Z-Znaczy przydać by Ci się przydała łagodniejsza ręka, ale... Nie wyglądasz jak typowy marynarz, co ma inną w każdym porcie.. Portugalia tak wyglądał. -Wpatrzył się w niego, co prawda w takiej pozycji lepiej było widać, że jednak się rozpłakała ptaszyna, jednak wolał już nie uciekać wzrokiem. -Um.. N-Nie beczę, t-tylko j-jestem trochę wrażliwy... Znaczy nie! Nie, nie, zapomnij! -I co tu poradzić jak się ma płaczącego Chińczyka z małym pieskiem? -W-Wszyscy mi mówią abym nie płakał... Ale nikt nic nie robi poza mówieniem, to co ja mogę?

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pią Lut 06, 2015 9:28 pm

Co do biedy... Cóż, Arthur w pewnym sensie rozumiał co w tym jest. Gdy był mały żył jak dzikus, jednak niekoniecznie był to niedostatek, a po prostu sposób na przetrwanie, zresztą w tamtym czasie to nie miało znaczenia. Tak jak sam Kirkland był poniekąd wykorzystywany, teraz odwrócił rolę dzięki czemu się wzbogacił i choć w jego wyobrażeniach owszem, pojawiał się obraz jego w wypełnionych złotem komntach, tak w rzeczywistości zupełnie wystarczały mu drewienka i skromne wyposażenie. Zresztą ostatnimi czasy rzadko stawiał nogi na suchym lądzie, a wiadomo tygodnie, miesiące na morzu nie mogą być komfortowe...
Wspominając o zaufaniu, to był ciężki orzech do zgryzienia. Arthur rzadko komu ufał, jeśli chodzi o otwieranie się przed kimś i... zachowywanie względem niego w równy sposób, dlatego działało to w drugą stronę, że i sam nieszczęśnik, którego napotkał nie darzył go zaufaniem, ani sympatią, ani jakimkolwiek pozytywnym uczuciem. Co zaś do Yao... Był on ciągle postrzegany przez Anglika jako bogaty, naiwny dziwak, który mimo oleju w głowie doprowadzał go do białej gorączki. A jeszcze dodając obecną sytuację... Wszystkie uczucia mieszały się w głowie gdy ten mały Chińczyk nagle zaczynał pogrywać (lub o zgrozo, naprawdę taki był) niewinną, skrzywdzoną osóbkę, jąkając się co słowo. A ślepia mu się świeciły jak, nie istniejące jeszcze wtedy reflektory. Był to może i całkiem sympatyczny widok dla osób, którym przychylne było oglądanie... sztuki rozklejania serc, sam Arthie mało się na to nie nabrał. On! A to hańba!
- Portugalczycy tacy są... Podstępne żmije... - To ostatnie oczywiście mruknął do siebie.  Że to oni musieli być pierwsi, którzy zjawili się na tej wyspie. Chociaż stop, im się dostało, Chińczycy się oswoili i właściwie wyszło to całkiem na korzyść. Ale ciągle Portugalczycy sobie byli.
 A rozmowa ciągnęła się dalej... I było coraz dziwniej. Teraz rozmawiają o panienkach?
- Bo ja to nie Portugalia... - Zmierzył go uważnym spojrzeniem i po chwili uniósł lekko brwi z lekkim uśmiechem. - ...Jak już zauważyłeś. - Dodał to po chwili i poprawił się nieco w siedzeniu. Nawet one były dziwne... Takie... miękkie. Dawały wrażenie, że jak się w nich na dobre rozsiądziesz to cię wciągną i pożrą.
 Sam o żadnych panienkach nie wspomniał. Jeden, nie było sensu, a dwa... nie chciał. Bo po co? Z obcym? Zresztą sam o sobie miał zbyt duże mniemanie by przyznać, że uczuciowo był chodzącą kaleką. Mógł podbijać nie tylko ziemie, ale i każdą dziewoję, lecz na żadne inne uczucia mowy nie było.
- A co mają robić innego? Przytulić? Pogłaskać jak pieska? A może przysłać ci kogoś na pocieszenie? - Uśmiechnął się mierząc go ponownie spojrzeniem. - Ile ty masz w ogóle lat? Zresztą nieważne... Nie licz na to, że zawsze ktoś cię ugłaska. Czasami trzeba sobie radzić bez złagodzenia. - Wskazał palcem na pieska. Trochę mu się to skojarzyło z Ameryką... Ciekawe co się teraz u niego dzieje... Czy to nie jest trochę jak sytuacja o której wspomniał? Będąc z nim zawsze starał się mu dać wszystko by zrekompensować czas, w którym mały zostawał sam. Mimo to w głębi miał nadzieję, że to go wzmocni...Choć czuł też, że to ich od siebie oddala, krok po kroku...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Pon Lut 09, 2015 2:40 am

Dziecięce czasy, ah, to była ciekawa sprawa. Arthur był dzikusem, biegał po swoich wyspiarskich lasach, a Yao? A Yao siedział na złotym troniem, machał łapkami jak służba ma się kłaniać i... i się uczył. Nauki, medycyny, wszystkiego co ma związek z kulturą, tańca, śpiewu, zachowania. Oczywiście taki mały pyrtek zwykle się piekielnie nudził jak mu kolejny z nauczycieli tłukł nad głową historię czasów których nawet nie pamiętał bo popitalały wówczas po ziemi dinozaury chyba albo go wtedy na świecie nie było, albo był niemowlęciem i nic nie pamiętał. No i co takiego kilkuletniego dzieciaczka mogło obchodzić, że Chiny powstały 3 tysiące wcześniej, ale on sam narodził się dopiero po tych 3 tysiącach lat istnienia państwa bo... wcześniej to było podzielone i... ah, nie, takie rzeczy nie dla dzieci. Temu zwykle zwiewał z zajęć. Zresztą uciec z pałacu cesarza trudno nie było, przynajmniej nie w czasach gdy ów pałac to była po prostu bardziej rozbudowaną niczym duża stodoła namiotopodobną lepianką ze smokami, choć i w późniejszym czasie wszystkie mury, murki i wydziwiactwa chińskiej architektury z łatwością pokonywał. I zwiewał do lasu gdzie uczył się zwykle polowania. Że Arthur biegał po lesie z łukiem i strzałami? Oh, to urocze. Yaoś też biegał po lasach z łukiem i strzałami... tak tysiąc lat wcześniej. No i jego strzały były zdobione jakimiś piórkami czy wstążeczkami (jak są wstążeczki to bogowie prowadzili strzałę!), a łuk miał z kryształkami. I pozłacany, tak |CHINY|. Piękne i spokojne czasy.
A potem przyszedł Hun i niszczył wszystko co stawało mu na drodze. Ale nie, to już opowiastki na inne historie, Hun, Japonia, Indie. Chociaż nie, Indie nawet tutaj pasują. Bo przecie Arthur przybył tutaj między innymi dzięki Indiom, prawda? Zresztą czy to nie był klejnot w koronie Imperium Brytyjskiego? Ot, taki przyrodni brat Yao... Ale Arthur pewnie dopiero się o tym dowie.
Nie można było powiedzieć, że Chiny wykorzystywał Anglika czy manipulował nim. No dobra, może i trochę chciał nim zmanipulować ale... Po prostu chciał aby był do niego miły. Zresztą wszyscy Azjaci tak robili! Prawie cała rodzina Chińczyka aktualnie zapewne tak duża jak i familia Brwistych (a nawet i mniejsza, te kolonie...) używała metody "na smutne oczka" jak coś chciała!
-Portugalczycy tak... W sumie nie mam co narzekać. Portugalia był do mnie bardzo miły, zresztą teraz też nie jest zły, nadal przywozi moim służącym łakocie z Europy czy różne drobiazgi, tylko ja już nie mogę na niego patrzeć. -Kilka razy pociągnął nosem i niby udając, że ogarnia włosy przetarł oczy -...Gdyby tylko nie był aż tak pazerny to skończyłoby się inaczej.... mhm.. Mój malutki Makau. -Ostatnie słowa wyszeptał bardziej do siebie, po czym szybko urwał, jakby chciał skończyć temat. Wziął głębszy oddech i uspokojony już bardziej zwrócił uwagę na Arthura.
-Nie, nie jesteś. Jesteś... Jesteś... Właściwie swój kraj określiłeś jako 'stąd' i marynarze mi podali dopiero pełną nazwę... Tak, tak, oni się tutaj skradają i za odpowiednią zapłatą wszystko powiedzą. -Mówiąc ostatnie zdanie aż się uśmiechnął pod nosem -Królestwo, co? Imperium, ładnie brzmi. -I w sumie całkowicie nie zwrócił uwagi, że on sam tak właściwie podał tylko jak się nazywa a nigdy nie zarzucił nazwą kraju, jedynie jakimiś opisami z kosmosu. -Huh, tu nie przejdzie jednak, w naszych językach nie da się tak powiedzieć. Aiya, nie wiem jak się nazywasz, nie jestem w stanie wymówić nazwy Twojego kraju ani jej przełożyć na mandaryński.. Jak tutaj zostaniesz na dłużej zacznę Cię nazywać herbacianym państewkiem, bo chyba to jedyne Ci tutaj pasuje. -A sobie nawet zażartował i na tej zasmuconej buźce pojawił się szeroki uśmiech wzbogacony cichym śmiechem chińczyka.
W rzeczy samej mogło być Arthurowi wygodnie. Europejczycy nadawali miękkość przez skóry czy pierze, które jednak szczytem delikatności nie było. Mieli też tkaniny różnego rodzaju, jednak wypchać je czymś trzeba było, prawda? A Chińczycy mieli jedwab, który odpowiednio uzyskany był bardzo miękkim wypełnieniem do poduszek czy poszewek. Zresztą w ogóle materiały tutaj zdawały się być troszkę inne - budynki były jakby lżejsze od twardych kamiennych bądź drewnianych zabudowań starego kontynentu, nawet drewno mieli jakieś mniej masywne, bardziej elastyczne, że swobodnie wyginali je w te wszystkie fantazyjne łuki. A ubrania? Wystarczyło spojrzeć na Chińczyka, ubranego niczym w mgiełkę, delikatnie, przewiewnie i miękko, zresztą tak każdy tutaj chodził, luźno i zwiewnie, jedynie żołnierze dumnie prezentowali żelazne okucia i ciężki spodnie oraz koszule. Jakby tego było mało - nawet herbatę pijali tutaj w innych filiżankach niż te znane w Europie, stworzonych z odrobinę delikatniejszego kruszcu i fantazyjnie wymalowanych. Cóż, przynajmniej złoto było takim samym złotem jak w Europie, bo strach pomyśleć co by było, gdyby i ono było delikatniejsze i kruchsze jak wszystko (...włącznie z ludźmi nawet!) w tym dziwnym świecie!
Arthur był chodzącą uczuciową kaleką, a Yao... rozwodnikiem. Prowadził ślepy kulawego czy jakoś tak. Zresztą nawet jeśli to samemu Chińczykowi podrywanie kojarzyło się z obsypywaniem ukochanej (bądź ukochanego) złotem i wszelkimi 'pierdółkami' jakie ukradziono podbitym ludom i które były określane jako 'świecące badziewie dla bab', a szczytem romantyzmu było porwanie na konia i wywiezienie gdzieś w daleki step w celu... nazwijmy to "doświadczania miłości". Bo przecież obowiązkiem mężczyzny było plądrowanie aby zdobyć dary dla ukochanej i adorowanie jej przez porwania czy inne przyjemności. I nie, Chińczycy aż tak psychiczni nie byli na szczęście, Yaoś się po prostu tego nauczył u Mongoła.
O ile się nawet zaśmiał tak teraz humor go opuścił. Spuścił głowę jak skarcone dziecko i zaczął od cichych pomruków pod nosem, aby następnie się odezwać już normalnie.
-No... Ja bym wolał aby mi powiedzieli wprost, że mam nie robić czy coś. Nie lubię łagodzenia, ale... tutaj nikt mi nie powie złego słowa, wszyscy muszą być dla mnie łagodni, bo tak rozkazują kapłani i prawo i... eh. Niech mi pewnego dnia ktoś porządnie przyłoży albo mnie przytuli, niech będzie stanowczy, albo w jedną stronę, albo w drugą. -Przetarł oczy bo się zdołał już rozemocjonować i wziął głębszy oddech. -Mojemu młodszemu bratu tak robiłem, chciałem mu nieba przychylić, myślałem, że gdy będzie mieć wszystko to będzie dobrze, że nie mogę być stanowczym i powiedzieć mu wprost. -Wrócił do stołu z cichym westchnięciem i dolał sobie herbaty. Usiadł na miejscu i upił trochę zerkając na Arthura -To takie dziwne... Gdy dostajesz kogoś pod wychowanie, starasz się zrobić dla niego wszystko, uczysz go pierwszych literek, pierwszych cyferek, opowiadasz mu bajki przed snem, chcesz aby smakowała mu Twoja kuchnia, oglądasz w tych małych oczkach zachwyt nad wszystkim co mu pokazujesz, jesteś dumny z tego jak rośnie i robi się taki mądry, kochany i... i chcesz aby był coraz silniejszy, chociaż zawsze traktujesz go jako swoje delikatne maleństwo. I potem dopadają Cię myśli, że jednak czynisz niektóre rzeczy źle. Nie masz na nie wpływu, ale jednak to swoje maleństwo ranisz, więc dalej brniesz w to łagodzenie i swoiste przekupywanie coby zapomniało, że nie jesteś idealny i go zraniłeś. uh... Choćby się chciało to na niektóre rzeczy nie ma się wpływu... Mhm, wybacz, jesteś odkrywcą, nie domatorem, pewnie to nie Twoje klimaty o czym mówię.
Wrócił do popijania i zerkania na Arthura, sam nie wiedział czemu go tak nagle naszło na opowiadanie.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Nie Lut 22, 2015 9:18 am

Łuk z ozdóbkami? Cóż, wszystkie te klejnociki musiały BARDZO pomagać w kamuflarzu. Z jednej strony to urocze, jednak gdyby Arthur o tym usłyszał, wyśmiałby. Co z tego, że sam latał z wygiętym patykiem i strzelał z niego innymi, mniejszymi patykami? One miały klase! Klasę oczywiście na miarę dzikusa.
I cóż, urodził się ... można powiedzieć, że znacznie później od Yao, ale co z tego, kiedy sam i tak zawsze czuł się lepszym. Tysiąc, dwa, trzy lata wcześniej nie robi różnicy, ego Kirklanda wrosło w niego na tyle, że mógłby przechwalać nawet ziemie nic nie warte i pełne dzikusów, aniżeli przyznać rację komuś, kto miał bogactwa choćby stokroć je przewyższające.
Co zaś do samego dzieciństwa... Arthura nikt nie uczył, zarówno manier jak i historii, i nawet kultury, to słowo zresztą nie było mu znane. Młody żył sam, w teorii, gdyż od dziecka miał urojenie dzięki któremu widział wróżki, jednorożce i tym podobne. A jak potem mu wbił Franek i cała reszta, koszmar. I nim się obejrzał "jego" bogate ziemie zostały oskubane do cna, a teraz sam robił dokładnie to samo z tymi przez siebie podbitymi. A Indie... to chyba najlepszy interes jego życia.
- A to żmije... - Wymruczał pod nosem i skrzywił się na wieść o długich i pazernych jęzorach swoich towarzyszy. "Najlepsza ekipa, mówili..." - Portugalia się podlizuje, bo niczego poza wyszczekaną facjatą nie ma. - Zmierzył Chińczyka krótkim spojrzeniem. [i]Nie byłby taki bogaty, gdyby faktycznie był taką rozgotowaną kluchą... czyli gra na litość[i/] . Na samą tą myśl uśmiechnął się krzywo i westchnął.
- Herbaciane państewko? Wiesz czym jest Królestwo i Imperium, a nadal wiedząc to mówisz "Herbaciane państewko". Sam zresztą nie wiem jak nazywa się twoje [państewko]. Chociaż nie zaszkodzi jak sobie będziesz Mandarynkowym państewkiem, o ile to w ogóle można nazwać państwem... - W końcu albo ta "wiocha" jest jakimś ważnym miejscem, albo jest odcięta od władzy. W innym wypadku, myśląc po europejsku, już zostałaby ogolona do łysa ze wszystkiego.
Jego ingorancje to własnego imienia jak i nazwy państwa sam puścił mimo uszu. Za bardzo irytowało go to, jak ten mały beksa próbuje się wywyższać. A niech próbuje! Ile może mieć, niecałe 5 stóp?
O, tym razem to on zignorował ten uśmiech. Słodki... niemal jadowity. Wiadomo już jak poległ Portugalia...
Co zaś do twardości, ciężkości i ogólnej masywności europejskiej architektury, cóż, Arthurowi była ona na rękę. Tutaj wydawało się, że oślepnie od blasku tych wszystkich świecidełek, a fotelik na którym siedział go pożre. Drewniane krzesła prostowały, poprawiały postawę, a drewno używane tutaj było... takie puste... i giętkie. Zupełnie nie na głowę Anglika. A co, jeśli on zginął na morzu i trafił do jakiejś magicznej krainy absurdu? Ale za co? Za jakie grzechy?!
Nagle zastanawiającym się stało, co takiego chodzi po tym orientalnym łebku. Raz mały cieszy się tak, że mało mu szczęka z zawiasów nie wyleci, potem beczy a jeszcze potem wpada w depresje. Jak baba, mało tego, jak baba w ciąży. Chociaż... kto wie. Jeszcze się nie potwierdziło czy jest to facet, czy kobieta a tym bardziej, czy jego/jej historie są prawdziwe. Te małe, skośne oczka mogłby mówić wszystko!
- Dlatego to wasze prawo jest do kitu i, na całe szczęście ja mu nie podlegam. Więc nie licz ode mnie na łagodność, jesteś zbyt... dziwny i w ogóle. - Machnął ręką i powiódł za nim wzrokiem. - Podejrzewam też, że jak ktoś zrobi to drugie to wyleci gdzieś w las albo do morza. Nie wyglądasz na kogoś kto oberwał wiele razy, albo dobrze to ukrywasz. Zresztą nie obchodzi mnie to. - Wzruszył ramionami i zmrużył powieki. Ta krótka i pozornie dziwna opowiastka ze wspomnień Chińczyka po raz pierwszy była w 100% zrozumiała dla Anglika. Przecież on sam miał Amerykę i wychowywał go najlepiej jak mógł. Kiedy go nie było, ranił chłopaka samotnością, a gdy wracał, starał się mu to zrekompensować. Wiedział, że jest to złe, ale nie potrafił inaczej.
- Może... - Mruknął. Widać było po nim, że odleciał myślami daleko, a konkretnie za cały ocean. O, a miał się nie rozczulać...

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Sob Lut 28, 2015 6:35 am

No proszę, Arthur by wyśmiał świecidełka Yao, a ten zaś gdyby usłyszał o wygiętym patyku z klasą to by pękną ze śmiechu. nie, gdyby w ogóle usłyszał o patyku to by chyba nie wytrzymał. No bo przecież jak to? Bez ozdóbek? A Bogowie? A klimat? A styl? A jak pokazać, że to strzała i łuk kogoś lepszego niż zwykły chłop!? Nie, nie, nie! Przecież te zwierzęta miały uczucia, były dumne z tego, że trafia w nie strzała nie byle kogo, zdobiona! Znaczy... Yaoś tak sobie to tłumaczył jak był mały, tak. Zresztą zapomnijmy, ten lud po prostu nie miał na co wydawać wszystkiego, co posiadał, tak?
Bogactwo i dzieciństwo? Tak, to poniekąd się łączy. Znaczy Chiny mógłby się pojawić na świecie wcześniej, gdy powstawały pierwsze państewka na tych terenach... Ale na szczęście los był dla niego tak łaskawy, że przyszedł na świat całe 3 tysiące lat później, gdy skończyły się wszelkie wojny i nastała era dobrobytu i rozwoju (która co prawda trwała około tysiąca lat ale cii.. Chiny już tak mają!), tak więc zamiast ciągłej wojny i walk o władzę, on miał naukę, kulturę, religię, dworski żywot i całą stertę cesarzy, służek, nianiek i innych którzy zrobili chyba wszystkie możliwe rzeczy aby jak najbardziej za przeproszeniem spieprzyć z jego wychowaniem. Taaak, można małemu dziecku wmówić, że jest bogiem, pozwalać mu na wszystko, rozpieszczać i pokazywać, że za każdy razem, gdy będzie czegoś chciał to tabun ludzi będzie skakał koło niego. BO CO ZŁEGO SIĘ MOŻE STAĆ? Oh i tak cud, że Chiny jest w miarę normalny teraz, podziękowania dla Mongoła i Tybetu, że go unormowali. Tak, Arthur mógł trafić na gorsze czasy Chińczyka, teraz jest jeszcze znośny i da się z nim wytrzymywać! A... A przynajmniej Portugalia dawał radę! To już jakiś postęp!
-Żmije..? Aiya, n-nie nazywaj tak swojej załogi, to całkiem przyjemni ludzie, zresztą... Są daleko od domu, bez rodziny w obcym świecie... I troszkę są pazerni na nasze bogactwa... Po kimś to mają, prawda? -Spojrzał na niego jakby wyraźnie chciał zasugerować po kim ową cechę mają. Przy okazji zasłonił usta ręką i zaśmiał się pod nosem -Podlizywał się, bo chciał swoje ugrać, nie sądzisz? Oh takie ciasteczka ze złotymi ozdóbkami, którymi Ty pogardziłeś, hmm.. Jemu się podobały, to dostawał ich więcej... Zresztą był bardzo sympatyczny, jak można było mu prezentów nie dawać? -Uśmiechnął się podstępnie i poprawił ułożone włoski jakby nad czymś rozmyślał -...Cały statek obładował raz złotem, porcelaną i takimi tam, gdybyś widział jego minę, wyglądał jakby spełniły mu się marzenia, a to przecież tylko złoto było, h-huh, cieszył się jak głupi ze zwykłego kruszcu jak moje suknie są warte czasem więcej niż takie kuleczki. -Wzruszył ramionami i spokojnie upił herbatkę -Ah ten statek wyładowany złotem, musicie go bardzo mało mieć u siebie, że wszyscy wręcz nam schodzili na taką ilość... Oh, w sumie jaka szkoda, że po drodze dali złupić się przez piratów. -Mówiąc ostatnie zdanie zaśmiał się pod nosem. -...ale ostrzegałem, że mój brat jest bezlitosny, to mądry po szkodzie, później już mnie słuchał. -Tak naprawdę to statki złupili Chińczycy, ale przez ignorancję Europejczyków łatwo wmówić, iż byli to Japończycy i tak oto Yaoś zachował swoje złoto, był kimś kto od tak z przyjaźni obdarował go statkiem pełnym bogactwa i przy okazji zwalił winę na znienawidzonego brata.
I nadal tu się zastanawiać nad tym, czy on naprawdę jest głupiutki czy tylko takiego udaje? No przecież, wokół Chin czaiło się pełno wrogów - Huni, Hindusi, ludy tureckie, Imperium Osmańskie, a nawet i Mongołowie by skorzystali z okazji aby przejąć te tereny. A jakoś Yao potrafił być o zgrozo.. największym (!) państwem w Azji. W sumie był też największy na całym świecie aktualnie jeśli nie liczyć kolonii jako terytorium... Ale to tam inna sprawa, ważne, że tak - on tylko takie ciele na niedziele udawał. Fakt, faktem, że taki nie był, że go tego nauczono, ale oh, gdyby tylko Arthur wiedział jak wyglądał Yao gdy żył setki lat z Mongołami... Albo gdyby Indie bardziej lubił Anglika to by mu pewnie opowiedział o tym jakim cudem chłop jak dąb, Hindus z cudami jakimiś, bojowymi słoniami i technologią wiele razy równą lub lepszą od Chińskiej dał się parę razy pokonać młodszemu od siebie państewku które nie dość, że wygląda jak baba, to jeszcze zachowuje się jakby właśnie miało dostać okres. Ah tak, wiele razy wygrał z nim, ale sam fakt, że tyle samo razy przegrał coś musiało znaczyć!
-Hm? O czym ty mówisz? Oczywiście, że wiemy czym jest królestwo czy imperium jednak po prostu nie używamy tych określeń w nazywaniu państw. -Pokręcił głową z miną, jakby tłumaczył coś trzylatkowi -...Żebyś zrozumiał powiem Ci tak: mój brat jest cesarstwem, rządzi nim cesarz i spełnia wszystkie wymogi cesarstwa.. Ale wszyscy mówimy na niego 'Kraj Wschodzącego Słońca', a nie 'Cesarstwo Wschodzącego Słońca' mimo iż owy cesarstwem jest. O-o...! Albo Indie... To po prostu 'kraj nad Indusem'. Tak się nazywa w naszym terenie państwa, 'Kraj Wschodzącego Słońca', 'Kraj nad Indusem', 'Kraj półwyspu Hangul', 'kraj Mongołów'.... p-powinieneś już zrozumieć. Mimo iż wszystkie wymienione przeze mnie są cesarstwami... N-No poza drugim i ostatnim to nikt w... ekhem.. NAZWIE KRAJU nie używa tej nazwy.. Bo... Bo określenia muszą być wieczne i trwałe. Dzisiaj ktoś jest cesarstwem, jutro spada do rangi królestwa... -Wzruszył ramionami -Jednego dnia tworzysz chanat, drugiego degradują Cię do cesarza.. A nazwa wciąż zostaje ta sama... -Dopił do końca herbatę z filiżanki i zaraz rozejrzał się jak sobie dolać może -...Aiya, znowu się rozgadałem, ale mam nadzieje, że Twój umysł to pojął.. Nie używamy określeń królestwo, imperium, cesarstwo czy innych w nazwach państw ale je opisujemy od tego jakie są, gdzie leżą i z czym nam się kojarzą. A Ty kojarzysz mi się z herbatą więc będziesz dla mnie Yīngguó. Mhmm... -Zmrużył na chwilę oczy obserwując Anglika -...Taka urocza nazwa do takiej osoby. Ale pasuje, cóż... Za to co się sprawa tyczy mandarynkowego królestwa... Hmm... Nie mam zielonego pojęcia czym są mandarynki. -Nie u niego takie cuda nie rosną, a z państwami Morza Śródziemnego też kontaktów nie miał coby mu przywieźli. -...A-Ale mamy język mandaryński. Chociaż aktualnie jesteśmy w Kantonie, tutaj mówią po kantońsku, w sumie nawet byś obraził tych ludzi nazywając ich język mandaryńskim.. -Zaśmiał się pod nosem, bo już wyobraził sobie obrzucenie Anglika wszystkim co by znaleźli pod ręką przez tłum rozzłoszczonych kantończyków. -A jak się nazywa moje państwo..? Nie mówiłem..? -O, jakaś rzecz dla Chińczyka! Raz-dwa się wyprostował, poprawił ubranie i z pełną dumą się odezwał -Tyanyia, Zhongguo! 'Wszystko to co pod niebem' -Pokazał rękami coś na wzór nieba -...Lub inaczej 'Państwo Środka'. W sumie wszyscy mnie nazywają Państwem Środka, jedynie Indie mówi na mnie Cathay... C-Co znaczy 'Niebiański Kraj'.
Że niby szacunek od wroga, że nazwał go Niebiańskim Krajem? Tak naprawdę słowo 'niebiański' pisało się podobnie jak wymawiało się dynastię obecną w Chinach więc już Hindusi ową niebiańskość Chińczykowi nadali. No, ale Arthur o tym nie wiedział, prawda? Więc Yao mógł się szczycić, że nawet wrogowie z południa go nazywają 'niebiańskim', wszak hej, nie ma to jak Chińska skromność!
-Ale jeśli już tak bardzo masz ciągotki do imperiowania to jestem cesarstwem dynastii Qing. A... Ale mam też pod sobą parę chanatów małych i jedno królestwo więc nie wiem...
Wzruszył ramionami, co się będzie zagłębiać. Dla niego nie ważne były te nazewnictwa, po prostu był cesarstwem, miał cesarza i koniec, w końcu dla nich w Azji to był unikat. Bo tam ledwo dwa cesarstwa były, a tak to chanaty, królestwa, księstwa i jakieś cuda, sułtanaty, kalifaty i inne, człowiek pogubi się może. Zresztą niech się Arthur cieszy, że trafił na cesarstwo, to przynajmniej rozumie. Bo co by było, gdyby jak wcześniej nosił pozycję 'cesarstwa chińskiego chanatu Mongolii' lub czegoś w tym stylu?
A Anglika błyskotki irytowały, ale pewnie gdyby mógł to by napchał je na statek i wywiózł do Europy, prawda? A potem by skakał królowej Elżbiecie jaki to on wspaniały i jakich to bogatych ziem on nie odkrył ku chwale jej wysokości! ...nie, jednak fajniejsza wersja ze śmiercią na morzu. Biedni marynarze, stracą swoje żywoty, a potem się męczą z Chińczykami! Zresztą teoria o śmierci by się nawet zgadała - boskie ogrody, bóg jak to sam nazywa si Chińczyk i masa dziwnych stworów jakimi są Chińczycy. Chodź nie, nie, nie.. To bardziej piekło aniżeli eden. Tak, to zdecydowanie było piekło marynarzy z samym szatanem w postaci upartego Yao na czele!
...a nie, jednak wciąż był to świat, niestety. Chodź Chiny pewnie byłby szczęśliwy móc władać podziemiem i dręczyć dusze zbłąkanych majtków, to niestety przyszło mu jedynie rządzić państewkiem pełnym bogactw. Też dobrze, ale ta satysfakcja z dręczenia marynarzy ah.. Nieporównywalna z dręczeniem służby!
Ale nie, przecież tutaj właśnie był przed nim marynarz w całej angielskiej okazałości, tak? No właśnie! Znaczy Yao wcale nie chciał go specjalnie dręczyć, po prostu... tak jakoś wyszło.
-Hm? A czemu miałbym Cie wywalać do morza lub w las? Przecież Cię lubię.
Mózg eksplodował? Dobrze, to teraz zbierzcie go do kupy. Możecie też podnieść szczękę z podłogi i wrócić do czytania. Tak, Yao go lubił. Masochizm? Choroba psychiczna? Syndrom Sztokholmski?
-Mimo, iż jesteś irytujący i wiem, że przybyłeś tutaj tylko dla zysku to przynajmniej się nie nudzę jak wcześniej. -Podparł głowę o jedną rękę i tak spoglądał na niego -No i nie powiem... Pierwszy raz ktoś śmiał bezczelnie się do mnie odzywać, imponujące... Inni zwykle się boją albo siedzą zamknięci w swoich domach i żadne z nimi zabawy, a tutaj zjawił się mi się piaskowy chłoptaś z oczami jak szmaragdy i wprowadza tyle rozrywki, no proszę.
Rozsiadł się w fotelu poprawiając ubranie, cóż, skandaliczne pokazywanie nóg i kolan mode on. W Europie pewnie już by go na stos wrzucono.
Wciąż podpierał się o stół jedną ręką i zerkał na Anglika. Zauważył, że po pogadance o Japonii ten mu odpłynął. Nie, coś tutaj było nie tak!
-Może...? -O, coś się kroi grubego, a Yao nie zamierzał tego zmarnować, podsunął się bliżej do Arthura i wykorzystując fakt jego odpłynięcia zaraz odezwał się łagodnym głosem, nie chcąc go z tej swoistej hipnozy wybudzić, a jedynie sprytnie wydobyć informacje. -Jak miał na imię, co? -On już znał takie zachowanie i odpłynięcie, coś tutaj było na rzeczy. Zresztą skoro Anglik był taki duży to na pewno kogoś musiał mieć, prawda!? Tak, teraz to się mu samemu układało w logiczną całość!

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Sro Mar 04, 2015 5:49 pm

Ślepy by zauważył tę ogromną przepaść między światem Arthura i Yao, chociaż właściwie nie chodziło tu o sam wygląd. Cóż, wiadomo, że pochodzą z dwóch stron świata, panują inne obyczaje, kultura jednego i drugiego to jak niebo i ziemia co odbiło się jawnie na ich charakterze, a z kolei to na ich obecnym podejściu do siebie. Świecidełka niekoniecznie były dla Arthura normą nad normami, jednak jak na standardy czasów był krótko mówiąc dziany. Dodatkowo składały się na to bogactwo ziemie przez niego zdobyte i tania siła robocza, która cóż, napędzała jego gospodarkę. Co nie oznacza, że to mu wystarczało. Gdyby tak było, już pierwszego dnia opuściłby to miejsce, nie mówiąc nawet o samym fakcie, że nie postawiłby tu nawet nogi.
Wspominając o świecących się łukach, klimacie i stylu, jedyne co w tym wszystkim skupiło uwagę Kirklanda to rzecz wymieniona jako pierwsza i to bez części "łuk". Znaczy się zostają świecidełka. Jak najbardziej, złoto, diamenty, szmaragdy, srebro i wszystkie inne kosztowności były delikatnie mówiąc, bardzo dużo warte. Miano Imperia miało swoje wyrzeczenia, a tym największym były koszta utrzymania go, których mówiąc krótko, trochę było.
Co zaś do wytrzymałości psychicznej Arthura. Mimo iż potrafił wściekać się o byle najmniejszą rzecz, potrafił być spokojny i bezuczuciowy jak głaz. Ciągle jest młody, więc zdarza mu się tracić nad sobą kontrolę ( Europa to w końcu jeden wielki kocioł). Mimo to tym razem stawka była zbyt wysoka, by tracić głowę. Już i tak był o włos od stracenia szansy na zdobycie nowych, nawet więcej wartych niż Indie ziem. Musiał być jednak bardzo ostrożny a przede wszystkim, nie zrazić do siebie po raz kolejny siedzącej na przeciw niego osoby. Gorzej, że było to zadanie niemal niedowykonania, poza tym warto zaznaczyć, że cierpliwości Anglii mimo wszystko dużo brakowało do tej Portugalii.
- Będę nazywał ich tak, jak na to zasługują. Nie mają pohamowania, lizusy - Burknął i skrzywił się. Na wzmiankę o rodzinie nic nie odpowiedział. Jakby to wiele zmieniało. Chyba, że nie mieli większego doświadczenia, a w to akurat Arthur coraz bardziej zaczynał wierzyć. Nie pierwszy raz tak było. Po co mają wysyłać w nieznane wartościowszych ludzi, skoro nie wiadomo co ich czeka? Lepiej podrzucić pierwsze lepsze, nazwać ich "najlepszymi" i voila!
- Nazywasz mnie pazernym? - Prychnął, chłodno odwzajemniając spojrzenie. - Wydawało mi się, że jesteś bardziej błyskotliwy. - Ten mały chciał go przekupić bogactwem? Może niekoniecznie przekupić, ale ten wzrok i sposób, w jaki się wypowiadał jasno mówiły, że chce w jakimś sensie wziąć Arthura w swoje łaski. Ale niestety, Arthur był chytrzejszy i pazerniejszy od Portugalii, by dać się odesłać kosztownościami. Nie o to tylko chodziło.
- Zaczynamy przechwałki? Znowu? - Uśmiechnął się pod nosem i westchnął. Ta rozmowa była męcząca... - Europa to jedna wielka mieszanina. Ludzi jest znacznie więcej, krajów jest znacznie więcej, więc i zapotrzebowanie na cokolwiek jest większe. Cywilizacja nie stoi w miejscu, tam nie ma czasów spokojnych i dostatnich bo gdziekolwiek się nie rozejrzysz, znajdziesz biede i nędze. - Ile razy wałkował ten temat. Już nawet jego ton był bardziej monotonny i ospały. Taka była rzeczywistość Europy, a on był częścią niej. Grać bohatera także nie zamierzał, czy za pomoc mu się ktoś odwdzięczy? Dasz jednemu, drugiemu, będą chcieli coraz więcej. Zjedz lub zostań zjedzonym, przykre motto tych czasów.
Och, Arthur absolutnie nie nazwał Yao głupim, sugerował, czasami, ale nigdy bezpośrednio nie nazwał. W końcu nawet taki głupi zauważyłby, że nie ma miejsc idealnych, gdzie są ludzie tam jest wojna. Bogactwa i wiedza jaką do tej pory błysnął Chińczyk dodatkowo to potwierdzały, nawet jeśli było to naprawdę cięzkie do przetrawienia za każdym razem, gdy spojrzało się na niego.
Dalszego jego monologu słuchał w ciszy i wydawałoby się, że był całkiem skupiony. Ta rozmowa była naprawdę bezsensowna, kręcili kółko graniaste. Jeden drugiego nakręcał do odszczekania kpinami i przechwałkami, co z kolei przekręcało się na druugą stronę.
- Acha... Ta, myślę, że mój rozum to pojął. Cesarstwo Wschodzącego Słońca jest Krajem Wschodzącego Słońca a nasze Imperium Brytyjskie jest Imperium Brytyjskim. - Przewrócił oczami. No wybuchnąłby zaraz i poleciałby na wszystkie te strony Kraju Wschodzącego, Zachodzącego, Zenitowego i jakiego tam jeszcze Słońca. Na szczęście jednak w ucho wpadło mu nieznane dotąd słowo, dlatego jego wzrok na nowo padł na Chińczyka.
- Ying...co? Nie wiesz co to mandarynki, czyli jednak jest coś o czym nie wiesz. - Uniósł brwi i krytycznie zlustrował go od stóp do głów. I z czego się się tak chichrał? No i masz, znowu zmienił temat. Może najlepiej, jak Arthur się po prostu zamknie (och, byłoby wspaniale gdyby było na odwrót) i pozwoli małemu kontynuować? Jak ci ludzie mogli tyle wytrzymać z takim gadułą? No usta to mu się chyba nigdy nie zamykają.
- Państwo Środka huh... - I jemu pasowała ta nazwa. Prędzej uciąłby sobie język niż nazwał go "Wszystkim" lub "Niebiańskim". Jego kraj póki co był niezwykły, malowniczy i dostatni, jednak to było niewystarczające by splątany język Brytyjczyka miał się rozwinąć.
Na dalsze jego gadanie reagował jedynie mruganiem, bo była to czynność niezbędna by nie doprowadzić się do płaczu. Co miał powiedzieć? Jego słowa i tak przechodziły przez Chińczyka jak chmury, były i odleciały, koniec. Z drugiej strony naturalnie był też ciekawy jego kraju i rzeczy z nim związanych. Był też i język, który brzmiał doprawdy niezwykle. Zabawne, że ani jednego słowa nie był w stanie wymówić poprawnie, oczywiście w głowie. Brzmiał on dla niego jak szmer połączony ze świstaniem i paroma innymi dziwnymi brzmieniami. Zupełne przeciwieństwo angielskiego, francuskiego i wszystkich innych języków jakie dotychczas słyszał.
No i właśnie nie tylko ten nieszczęsny język był trudny, ale i te całe nazwy mniejsze. Mogło mu się co najwyżej obić o uszy słowo "chanat" czy kalifat, jednak w końcu przypłynął tutaj w ślepo. Tak jak w Ameryce i Afryce i to miejsce miało imiona " tylko swoje".
A i pewnie, że by napchał! Złoto jest wartościowe, ba, wszystko co wartościowe jest przydatne i chętnie przyjmowane w brytyjskich rękach. Irytował go sposób, w jaki Yao się tym złotem obnażał (on może, ale ktoś inny?! I to w tak ordynarny sposób?). A czy samo "Państwo Środka" było piekłem, to się jeszcze miało okazać. Na chwilę obecną wszystko się zgadzało, poza tą małą Chińską gadułą, która chytrze niweczyła łatwy zarobek. Ale oczywista oczywistość, nic nie jest takie proste.
A gdyby tylko Yao nazwał Arthura marynarzem, och cóż by się działo. Marynarz w słowniku Kirklanda był kimś niewiele wyższej rangi od załogowego pomywacza. No może bez przesady, jednak absolutnie nie było mowy nazwania tak jego, lub jego załogi, jak żałosna by nie była. On był piratem w całej swojej okazałości! Dumnym, nieustraszonym i przede wszystkim, wiedzącym za który koniec broni złapać. Zresztą na jego tytuł działały także inne czynniki. Imperium Brytyjskie było państwem Kolonii, a Kolonie ma się rozumieć były podbijane. A kto podbija? Najlepsi i najsilniejsi, w tym wypadku piraci (Z czego wiadomo Arthur był piratem pod królewskim pantofelkiem).
Na nieszczęście mózg nie eksplodował, szczęka także nie opadła, ale o zgrozo, okazałe brytyjskie brwi wyfrunęły znacznie w górę. "Lubił go"? No doprawdy ciekawszej rzeczy w życiu nie słyszał. Dalsze epitety na jego temat go nie obchodziły.
- Znudziły ci się tłumy fałszywie uśmiechających się do Ciebie ludzi? - Na jego twarzy pojawił się lekki, zgryźliwy uśmiech. - Naturalne jest to, po co tu przybyłem. Nie oznacza to jednak, że zamierzam bezmyślnie okraść to miejsce, tak jak zrobił to Portugalia... - Ciekawe, ignorując wszystkie słowa po "jesteś", "pierwszy raz ktoś", i "zwykle ktoś" oszczędzało się wiele nerwów. Zabawny jednak był sposób, w jaki te wyrazy były wypowiadane. Nawet jeśli mały próbował innego tonu, uśmiechu i mowy ciała, nadal nie robiło to wielkiego wrażenia na Arthurze. Przecież on nawet ciągle nie był pewien, czy to w ogóle jest kobieta, czy mężczyzna! No i ten śmieszny głosik z akcentem, twarz jak u orientalnej porcelanowej laleczki i ciuszki jak z najdroższej toalety potrafiły dekoncetrować. O, właśnie myśląc o tym, Kirkland wpadł w zadume. Ale stop, czemu on w ogóle o tym myśli?
Nagle jak echem odbiły mu się słowa "Może". Może? Co może?
- H-huh? - Zamrugał zdziwiony i zaraz wbił zaskoczone spojrzenie w znajdującego się zbyt blisko niego Chińczyka. Chwilę wpatrywał się w niego w bezruchu, myśląc nad jego pytaniem, - C-co? Kto? - Oparzony odsunął się od Chińczyka możliwie jak najdalej i na ile mu pozwalało siedzisko(na którym swój szanowny zad wcześniej posadził). Na twarz wstąpiły soczyste rumieńce, które zdradziły już jego zawstydzenie własną myślą jak i zachowaniem Yao. No tak, musiał odlecieć na tyle, że teraz zwalił na siebie ciekawskie spojrzenie...
- Nie mam pojęcia o czym mówisz... -

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Gość on Sro Mar 18, 2015 4:54 am

Przyglądał się Anglikowi próbując usłuchać co ten do niego mówi. Czy rozmowa go nudziła, tego nie można dokładnie stwierdzić, raczej mogło tutaj chodzić o swego rodzaju brak większych rozrywek dla samego Chińczyka.
Zaraz, zaraz.. Jakich rozrywek zaraz można się spytać? Oh, to nie było wyjaśnione? No tak, wszak całe towarzystwo z Arthurem na czele jeszcze nie wiedziało... Nie było świadome, że najgorsze miało dopiero nadejść. Jakie najgorsze? Że niby nie jest w stanie już nic pobić marudnego i rozkapryszonego królewicza sądzącego herbatkę? Oh nie, nie, to byłoby zbyt proste gdyby Yao był po prostu kolejnym nudnym imperium. On się tylko taki zawał. Ot, można było powiedzieć, że Arthur trafił na 'spokojniejszy okres'.
No ale już nie kryjmy się z niczym i wyłóżmy karty na stół - Yao był osobą dziką. Nie, nie wyglądał jak dzikus z dzidą wyskakujący gdzieś zza krzaków, wszak on był cesarstwem. Ten biedny Arthur, niewinny i nieświadomy niczym nieobsrana łąka przed przyjściem stada krów na wypasie, czy tam owiec... nie, stop, Chińciu, znów zapędzasz się w pisaniu i zaraz zaczniesz mamrotać o wannie Litwy czy pastelowych majtach.
Tak czy inaczej wróćmy do tematu jakim jest Yao. A właściwie cofnijmy się też odrobinę w czasie. Co według normalnego człowieka mógł robić Chiny zanim Arthur zjawił się na jego włościach i wprowadził zamieszanie? No zapewne obstawialiby wszyscy że siedział na cesarskich czterech literach, popijał herbatkę i ogólnie się wynudzał niczym nietykalna księżniczka na tronie. A co tak naprawdę robił? Jeździł konno, polował na zwierzęta, gnębił biedne ludy Indochińskie do których było niedaleko, notorycznie zwiewał swojej służbie i ochronie... Oh, zniszczyłam światopogląd na temat Chińczyka? H-Hej, to przecież kraj, który umiłował się w drażnieniu swoich sąsiadów.
Dobra, stereotyp nudnego ospałego Chiny obalony, czas przejść do sedna sprawy czyli fabuły. Yaoś raz dwa ładnie odłożył pustą już filiżankę z herbatą i zaczął spacerować po całym pomieszczeniu kiwając głową na kolejne słowa Anglika.
-Nie wiem jak u Was, ale u nas niesubordynacje karamy. -Ot, dla przykładu strzałą w głowie. Ale tego już Arthurowi nie powie... Bo i po co? -I naprawdę nie wiem jak Cię nazywać... Z jednej trony wydajesz się pazerny, a z drugiej... -Urwał na chwilę i spojrzał na zastawiony stolik -...Nie połasiłeś się na błyskotki, to ciekawe.
Urwał jakby swoje rozmyślania i podszedł do okna, oparł się o parapet i otworzył na oścież obie zdobione złotem drzwiczki wpuszczając do środka trochę świeżego powietrza.
-Oh bieda z nędzą, to ciekawe... Wy tak specjalnie czy nie umiecie kierować krajami? -Ziewnął przeciągle i spojrzał na Arthura przez ramię -Bez urazy, ale nie widzę w Europie niczego ciekawego jak dotąd... No i skoro naprawdę u Was bieda z nędzą to... Co Ty mi zaoferujesz mój drogi? Złota nie posiadasz jak mniemam, a i tak sam nie chciałbym go przyjmować... Sądząc po twoim.. -Umilkł na chwilę przejeżdżając wzrokiem od stóp po głowę Anglika -...ubiorze, to tkaniny niezmienne od czasów Rzymu. Technologii nie potrzebujemy, a i tak ich kupować od innych nie możemy...
Zostawiwszy otwarte okno podniósł się z tego parapetu i podszedł do Arthura. Stanął za nim po czym sięgnął do jego rąk formując je w swego rodzaju koszyczek (czy jak to nazwać D: ). Następnie sięgnął do włosów i ściągnął z nich świecące ozdóbki z których to powyjmował garść białych i kremowych kuleczek... które to z kolei ostatecznie rozsypał do koszyczka ułożonego z rąk Anglika.
-Masz. -Zostawił mieniące się kuleczki w jego dłoniach i wrócił do swojego okienka znów opierając się na parapet w taki sposób, aby wpadające do pokoju powietrze owiewało jego twarz. -...tylko szanuj, rybacy ciężko pracowali aby je wydobyć. -Oh, a czy Arthur był w ogóle świadom, że właśnie trzymał w rękach równowartość co najmniej 1/3 całego statku którym można by opłynąć świat?
Ale nie, już więcej sam Chiny się nie odezwał. Od tak po prostu ściągnął ozdoby i obsypał Anglika nawet nie rozjaśniając co tak właściwie się przed chwilą wydarzyło. Po prostu wrzucił mu w ręce perły i wrócił do okna oglądać krajobraz Hong Kongu.
-Yingguo. -Powtórzył pomijając wątek o imperiach i cesarstwach. Już i tak nie ma siły tego ciągnąć -Kraj herbaty - Yingguo. A język będzie Yingyu, język herbaty. I jeszcze ludzie... Yingguoren. Ludzie z kraju herbaty. -Proste? Proste! Chiński nie był jakiś szczególnie skomplikowany jeśli chodziło o słowotwórstwo. -I nie mówiłem że wiem o wszystkim, sam to sobie dopowiedziałeś mój drogi.
Mruknął i oparł głowę o dłoń ręki, która to tkwiła przylepiona do parapetu. Przymknął na chwilę oczy i rozkoszował się zapachem morza, który dochodził zza okna.
-Państwo Środka, Cesarstwo Qing. -O! Już jesteśmy bliżej nazwy wyjściowej, bowiem 'Qing' czytało się prawie tak samo jak... China! Znaczy 'China' bez tego 'a' na końcu.
Więcej już niestety nic nie powiedział. Jedynie wymruczał coś cicho pod nosem i... tajemniczo umilkł. I tu wracamy do owej dzikości Yao - wszelki brak aktywności bowiem powodował, że się po prostu nudził niczym dziecko podczas apelu w szkole. Znudzony zaś tak bardzo rozkoszował się świeżym powietrzem i zapachem morza że po prostu... przysnął na tym parapecie. I choć zapewne kuszącą sprawą by było wyciąganie od Arthura informacji na temat małego podopiecznego o którym to już Yao zaczął wyczuwać przesłanki, tak jednak nuda wzięła górę i jedyne co Anglika czekało to swego rodzaju uroczy widoczek śpiącego na parapecie Chińczyka (oh, czy wspomniałam, że oni tam mieli dość nisko parapety? Można było spokojnie tkwić na podłodze i na nich się pokładać!).

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Wielkie odkrycia geograficzne - edycja Chińska~

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 5 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach