Gdzieś w Belfascie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Irlandia Północna on Sob Sty 03, 2015 7:20 pm

Belfast, stolica, a zarazem największe miasto w Irlandii Północnej, która niejedno już widziało i przeszło, by nadal się prężnie rozwijać i próbować doścignąć inne ogromne miasta.
Co tu jednak opisywać, jak można tak szybko zerknąć!:
[You must be registered and logged in to see this image.]
Nie będzie ono jednak główną atrakcją dzisiejszych wydarzeń, przypadających w huczny Nowy Rok, bo Cian na pewno nie zaprosiłby swojej wesołej rodziny do mieszkania znajdującego się w centrum miasta. No dobrze, może jednak dość źle to zostało ujęte - zaprosiłby ich, ale nie w Sylwestra, gdy alkohol będzie się zapewne przelewać, a butelki turlać po podłodze. Jeszcze dokładniej precyzując, liczba osób była również wyznacznikiem, bo w mniejszym mieszkaniu byłoby mniej komfortowo.

[You must be registered and logged in to see this image.]

Właśnie dlatego Irlandczyk w tym dniu znajdował się w takim miejscu, chodząc z kąta w kąt i co rusz coś poprawiając. Skoro zobowiązał się do przyjęcia familii w swoje skromne progi, to musiał dopilnować, by pewne standardy zostały zachowane. W końcu muszą mieć coś do jedzenia, a przede wszystkim do picia, prawda? Kto to widział świętowanie Nowego Roku bez alkoholu! Nic więc dziwnego, że jego lodówka była wręcz cała zapchana, a on dokonywał ostatnich poprawek. A te polegały na wygonieniu z domu czających się leprechaunów (nadal nie miał pojęcia jakim cudem go tutaj odnalazły) oraz wyniesieniu na dwór dobhar-chu, którego dostał od Celta na święta. W wodzie na pewno będzie mu lepiej, a i nikt nie będzie go niepotrzebnie zaczepiać.
- A ty tutaj zostaniesz, aye? - Zwrócił się do stworzenia, które na niego spojrzało i zamachało ogonem, pokazując swoje kły. Ciężko było mu określić, czy to na znak zgody czy nie, ale postawił go tuż przy brzegu. - Nadal jesteś paskudnie ładny, a teraz zmykaj. - Poklepał futrzaka po łebku, uśmiechając się wesoło i zaraz skierował się z powrotem do domu. Jakby nie patrzeć, nigdy nie wiadomo, kiedy pojawią się goście.
avatar
Irlandia Północna

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 95

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Sob Sty 03, 2015 9:18 pm

Jeśli zwykle normalni ludzie się spóźniają, tak zwykle Kanada starał się być kilka minut przed innymi. Niestety te kilka minut nie zawsze mu się udawały, dlatego dziś przyszedł półgodziny przed czasem. Swoją drogą, był strasznie spięty faktem, że ma dziś spotkać dawno zapomnianego dziadka. Co prawda Arthur coś kiedyś dawno temu mu wspominał, ale pamięć Matthewa zaczynała chyba zawodzić, bo zwykle ten wykręcał się jak mógł, gdy tylko chodziło o kwestię rodziny. Zadzwonił do drzwi, poprawiając trzymany w łapkach prezent dla gospodarza: dwulitrowa butelka syropu klonowego, domowej roboty czyli ozdobiona wielkim znakiem klonu. Nawet pieczęć na korku była z tym znakiem.
-Dobry wieczór.-powiedział wpatrując się w swoje buty. Rodzina nie będąca Alfredem zawsze go onieśmielała.

A pozwolę się wtrącić ;w;

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Sob Sty 03, 2015 10:19 pm

Nie to, że nie miał jak dojechać. Miał. Dwa samoloty na krzyż plus połączenie promowe. I oczywiście, wybrał tą dłuższą drogę. Tańszą! Przynajmniej na morze mógł popatrzeć, o. I wcale nie chciało mu się już rzyg.. wymiotować na jego widok. Skądże.
Żeby było jasne, Robyn nie był w Belfast jakieś.. wieki. Kiedy jeszcze nie było samochodów, autobusów i ograniczeń prędkości. Och, ile Man się nadenerwował, że autobus jedzie jakby nie mógł. I jeszcze powyzywał pod nosem Ciana, że wybrał miejsce na jakimś „zadupiu” (Nie to, że w centrum byłoby prościej). Ale to swoją drogą.. Mimo wszystkich męczarni, oświetlone nocą miasto go uspakajało. Między jego stolicą, a stolicą Irlandii była.. lekka różnica. Przez moment zrobiło mu się głupio, bo poczuł się trochę, ahhaha, cofnięty..
No dobrze, żeby nie zanudzać . Poradził sobie, a jakże. Z mapą w ręku. Z pomocą przypadkowych ludzi. Ale dotarł. Nie spóźnił się! W ogóle, czy była wyznaczona jakaś godzina? Nieważne, Man wiedział, że będzie błądził, więc wyruszył o wiele wcześniej. No cóż, nawet nie pofatygował się by sprawdzić, czy to faktycznie „dobry” dom. Woda, drzewa, lampy, śmieszny dach. To musiało być to! W dodatku zobaczył jakiegoś chłopaka. Z torbą przewieszoną przez ramię, wyglądając jak 100 nieszczęść, stanął za nim . Wziął kilka wdechów, żeby nie wyżyć się przypadkiem na każdym w pobliżu. Fakt, rodzina wspominała mu o Ameryce i Kanadzie. Ale który to był? Pojęcia nie miał! Nie przeszkodziło mu to jednak w naskoczeniu na blondyna.
-Failt!- jego głos rozniósł się jeszcze daleko, daleko od domu. Echem. Nawet spróbował się uśmiechnąć. Krzywo, bo krzywo. Ale jednak.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Celt on Nie Sty 04, 2015 3:39 am

Skoro już go ktoś zaprosił… ba, nie ktoś, a sam Cian... To Celt nie miał po prostu serca mu odmówić. Bo rodzinie nie potrafił odmawiać, taki już z niego sentymentalny typ był, niech cholera by go wzięła. Z samym transportem do Belfastu byłoby znacznie lepiej, gdyby Ranald mieszkał w okolicy Ciana… Albo chociaż u Irlandii, nieco na południe od celu dzisiejszej podróży. No, od biedy u Szkota czy nawet Anglii, że o Manie nie wspominając, ale nie, oczywiście, musiał mieć ten cholerny problem z dotarciem na miejsce. No, koniec końców i tak się jakoś dotelepał, na swoje szczęście. Wskazówki niby dostał już dawno, ale kto by to wszystko spamiętał? Celt nigdy nie miał pamięci do szczegółów. Cóż, niby to sobie dość dokładnie zapisał, ale... Kartkę mu gdzieś najzwyczajniej w świecie wcięło. I tak tyle dobrego, że wybrał się wcześniej, jak reszta, chociaż o tym nie wiedział, bo i skąd? Tylko trochę wcześniej, bo i przesadnie wcześnie być nie zamierzał, nie będzie się Irkowi narzucał. Jeszcze zdąży. Za parę godzin, które zlecą, zanim się całe ich towarzystwo zdąży choćby obejrzeć. Alkohol pewnie pomoże. A skoro już o tym mowa...
Tak więc ostatecznie, z kompletem butelek - na zasadzie "po jednej na łeb liczone pi razy drzwi" - łasnoręcznie napędzonego trunku, i nie tylko, zresztą, w torbie, w końcu dotarł pod dom, w którym wspomniana impreza miała się odbyć. I nawet chyba kogoś usłyszał, będąc… całkiem daleko od wejścia? No, to mógł być tylko Man, co do tego nie było absolutnie żadnych wątpliwości. Tak, ten głos słyszał dawno, ale to wystarczyło, żeby go zapamiętać, bo prawie w ogóle się nie zmienił. A i w pamięć wyjątkowo zapadał.
Jako że na ten moment średnio się Ranaldowi śpieszyło do wnętrza domu, postanowił chwilę rozejrzeć się po wyjątkowo urokliwej okolicy, nie zważając na warunki atmosferyczne choćby odrobinę. Ciągnęło go najbardziej do tego jeziorka... nie, nie zamierzał w nim pływać... Po prostu zauważył tam chyba jakiś ruch i naszła go ochota to sprawdzić. W razie czego kilka okien wychodziło najprawdopodobniej na tę część zbiornika, dałoby się Celta z nich wtedy wypatrzyć, więc ten średnio się martwił o swoje bezpieczeństwo. Poza tym, coś mu mówiło, że na razie Cian i tak będzie miał pełne ręce roboty. A wiadomo, czy aby na pewno młody skończył wszystkie przygotowania? No i w końcu Man już przecież przyjechał...


/Dobra, rudzielce (i nie tylko) Wy moje kochane. Kolejka wygląda tak: Irek, Kanada, Man, Celt, Szkot.
Jak się ktoś zgłosi, to będziemy myśleć. Na razie miłej gry życzę~


Ostatnio zmieniony przez Celt dnia Pon Kwi 06, 2015 6:05 pm, w całości zmieniany 4 razy

_________________
Picie w pojedynkę jest jak sranie w towarzystwie
[You must be registered and logged in to see this image.]
Ring-ding didle iidle i de-o
Ring dye didley i oh~
avatar
Celt

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 171

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Szkocja on Pon Sty 05, 2015 10:02 pm

To nie tak, że nie chciał przychodzić na rodzinne, sylwestrowe spotkanie. Po prostu nie za bardzo mu się spieszyło zobaczyć te wszystkie twarze, witać się z nimi czy pić, bo znając życie będą chcieli wychlać jego whiskey zanim on to zrobi. Musiał przynieść coś ze sobą, dlatego niechętnie zabrał w siatce kilka butelek cudownego, najlepszego ze wszystkich, szkockiego trunku. Kiedy już dotarł do Belfastu, postanowił zrobić sobie spacerek, przykładowo po fajki, bo ostatnio tak dużo palił, że jedna paczka starczyła mu na dzień...a podczas nocy sylwestrowej pewnie wypali nawet więcej.
Najgorsze było dostać się do jakiegoś zadupiańskiego domku nad wodą. Nie żeby sam nie miał chaty nad jeziorem, ale gdzieś tam w dalszej, zamazanej części mózgu martwił się o to, że jakiś nachlany debil wskoczy do wody i trzeba będzie go wyławiać. Rodzina popieprzona to i różne rzeczy zdarzyć się mogą, aye? Wyczuwał coraz mniejszą odległość do chałupy brata, gdy usłyszał czyjś debilny krzyk, dlatego zwolnił kroku. Zdążył poprawić kilt, który oczywiście miał na sobie, bo sylwester też ważna uroczystość, a potem podszedł do jakiegoś drzewa się odlać. I nie, nie miał na sobie gaci, dlatego i łatwiej było mu tę czynność wykonać. Kiedy już oddał mocz pod jednym z drzew, obrócił się i szedł dalej, póki nie zauważył przy drodze jakiegoś faceta (żeby nie napisać menela), zachwycającego się wodą. A że Szkot czasem robił się ciekawskim jajem to podszedł bliżej, aby zobaczyć kto to. A nuż trafi się ktoś z rodzinki? Przynajmniej nie będzie szedł dalej sam do domu Ciana. A jak się zgubią po drodze to we dwóch zawsze raźniej.
avatar
Szkocja

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 16

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Pon Sty 05, 2015 11:35 pm

WCALE SIĘ NIE ZGUBIŁ.
Nie, wcale nie pomyślał, że ów 'Belfast' to jakaś dzielnica Londynu.
Wcale nie stał jak kretyn na Heathrow trzymając mapę Nowego Yorku i nie pytał się bogu ducha winnych osób wokół niego jak może dojechać do owego 'Belfastu'.
I wcale nie został poinstruowany przez jakieś dobre duszyczki, że to wcale nie jest żadna dzielnica, a stolica Irlandii Północnej. Że niby Alfred nie wiedział co to ta cała Irlandia Północna? Phew, oczywiście, że wiedział! ...tylko mu się zapomniało w danej chwili, zwalcie winę na Anglika, że go nie nauczył recytować stolic wszystkich wujków!
Tak czy inaczej ostatecznie dostał się do poprawnego miasta. Nazwa się zgadzała, więc teraz trzeba by było odnaleźć poprawny adres, prawda? Nie, to by zrobił każdy normalny człowiek. On, skoro już się znalazł w jakimś mieście to musiał wpierw wstąpić coś zjeść, tak ze trzy razy zgubić się, popodrywać jakieś panienki na 'Cześć ślicznotki, chcecie posłuchać mojego pięknego amerykańskiego akcentu' (nikt nie powiedział, że ów podryw był skuteczny) i ostatecznie uznać, ze przecież przyjechał bez żadnego prezentu dla rodziny, więc trzeba pójść na zakupy. Bo wujkowie się nie skapną, że na kupił alkohol już na miejscu, prawda? Kto by tam rozróżniał, czy brytyjskie czy amerykańskie... a przynajmniej tak się zdawało, że przecież wszystko jeden język angielski i ujdzie.
Tak czy inaczej - spodziewajcie się Alfreda dość mocno spóźnionego.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Irlandia Północna on Wto Sty 06, 2015 10:36 pm

Chcieli do niego przyjechać, to muszą się pogodzić z faktem, że wędrują mimo wszystko na zadupie. A Cian na pewno nie będzie miał z tego powodu wyrzutów sumienia, bo wcale ich nie zmuszał, prawda? Jakkolwiek by jego stolica nie wyglądała, stety lub niestety, swojego położenia nie zmieni, a nawet by nie chciał!
W każdym razie, właśnie zajmował się znoszeniem niezbyt przesadnego posiłku na stół, bo coś drobnego w końcu trzeba przekąsić, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Odruchowo zerknął na zegarek i szybko przyczesał ręką swoje włosy, które jak zwykłe żyły bardziej swoim życiem, po czym skierował się do wejścia, by przywitać pierwszą osobę.
- 'llo! - Uśmiechnął się wesoło do... no właśnie. Kanada lub Ameryka, aż się biedak zaciął, nie chcąc się przecież na dzień dobry pomylić. Z opresji wyratował go wręcz Robart, który jak się przywitał, tak miał wrażenie, że gdzieś jego głos poniosło w głąb całej Irlandii Północnej. No dobrze, to już przesada, ale dało po uszach decybelami!
- Man, człowieku, tak krzyczeć to można na Nowy Rok, a nie tyle godzin przed. - Zaraz się jednak zaśmiał, przesuwając się trochę w bok i robiąc im miejsce, by mogli wejść. Jednocześnie się rozejrzał, czy nie ma w pobliżu pozostałych zgubionych dusz. Wychodziło na to, że jeszcze nie dotarli. - Mam nadzieję, że nie mieliście większych problemów by tutaj dotrzeć, co?
avatar
Irlandia Północna

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 95

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Sro Sty 07, 2015 3:27 pm

Kanada przestraszony podskoczył, ale szczęśliwie nie zebrało mu się na upuszczenie drogocennej butelki pełnej słodkiej krwi Kanady.
-Witaj Man...-powiedział cicho dziękując skinięciem głową za możliwość wejścia. Przez chwilę wahał się czy nie powiedzieć im, że to on jest Kanadą, bo widocznie byli z tego powodu zagubieni.
-Nie było tak źle...- jakby Matthewa wieźć w worku po ziemniakach w nieznane, to i tak by powiedział, nie było tak źle. Ale tym razem... nie było tak źle.-I jestem Kanada.-dodał szybko podając butelkę gospodarzowi. Musiał przecież upewnić ich że się nie mylą. Z resztą nie pojmował jak można ich pomylić, znając życie Alfred przyjedzie obładowany wszystkim co nadaje się do wystrzelenia.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Sro Sty 07, 2015 6:44 pm

Nie ma bata, że go cała rodzina nie usłyszała. No, to skoro już po przywitaniu, to teraz wypadało dać coś Północy, prawda? Oczywiście, że miał podarek. Oczywiście, że nie przyszedł z pustymi rękoma. Nawet, jeśli Robarta było stać na takie zachowanie, to teraz pamiętał. Nie zostawił w domu, nie zapomniał. Wszystko miał w torbie! Jedyne pytanie, które cisnęło się na usta, to „Co Man mógł przynieść na tę specjalną okazję?” Ano, to co prawdopodobnie każdy członek tej rodziny. Procenty jakieś, nie? Tak się złożyło, że w torbie miał dwie butelki Manx Spirit (podróby whisky, ale ciii). Musiał wtryndolić coś swojego. Ładnie wyglądało i smakowało, to Irek nie mógł marudzić. Zresztą, kto marudziłby na alkohol? Obudził się z rozmyślań, słysząc głos gospodarza.  
- Jaki krzyk, Cian? Nie bój się, na Nowy Rok będzie głośniej - Humorek mu się polepszył, kiedy zobaczył brata. W głębi serca brak większej reakcji Ame... Kanady go zaniepokoił. Kurczę, czy jakby krzyknęło mu się do ucha megafonem, to też grzecznie by się przywitał? pomyślał, mierząc blondyna spojrzeniem, kiedy ten wchodził.
- Większych problemów, by tutaj dotrzeć? - powtórzył, przekraczając próg drzwi. Czy Man miał problemy? To nie byłoby w jego stylu gdyby się nimi nie podzielił ~
- Po pierwsze, co żeś zrobił, że każą 40km/h jeździć po drogach, co? - Za nic tego nie rozumiał. Jawnie gestykulował, kiedy z przejęciem opowiadał jak nie mógł rozczytać nawet rozkładu autobusu, kończąc na historii z panią, której za nic nie mógł zrozumieć, a najwidoczniej wiedziała gdzie Robyn ma podążać. Mówił to chaotycznie, ale kto by się przejmował? Po wszystkim westchnął głęboko, postanawiając nie męczyć więcej brata. Wszystkie wypowiedziane słowa nie miały być złośliwe w stosunku do Północy. Za nic. Ale nie było możliwości, żeby Man mu tego nie opowiedział.
- Och, przyniosłem coś do picia - wspomniał nagle, zauważając butelkę od KANADY. Szybko zapomniał o temacie. A, uśmiechnął się wesoło, bo w końcu skoro już poprzeżywał, to humor znów wrócił.


Ostatnio zmieniony przez Wyspa Man dnia Pią Sty 09, 2015 3:33 pm, w całości zmieniany 3 razy (Reason for editing : Dziękuję, Celciu :c)

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Celt on Sro Sty 07, 2015 8:56 pm

No tak własnego ojca nie poznawać? Wstyd i hańba, po prostu! Szkot powinien mieć szczęście, że Celt nie potrafił się dowiedzieć, co temu pierwszemu chodziło po tym rudym łbie, bo to by się mogło nieciekawie skończyć. Ale, zostawiając ten temat w spokoju – Scott w sumie miał prawo tak pomyśleć. O tym menelu, ma się rozumieć. Owszem, byłoby zapewne znacznie łatwiej poznać Ranalda, gdyby ten, jak jeden z jego synów, przyszedł w nieco bardziej odświętnym stroju, na przykład w kilcie, ale… Problem polegał na tym, że celtycki Nowy Rok wypadał w całkiem innym terminie, więc dla Celta ta impreza była zwyczajnie jak każda inna. A nie na każdą imprezę chodzi się w kilcie, bo większość – czy raczej, wszystkie – kończy się tak samo… ale na wypominanie skutków spożywania zbyt dużej ilości alkoholu jeszcze przyjdzie czas, wróćmy zatem do sytuacji nieopodal Cianowego domu.
Ruch, który Celt zauważył jakiś czas temu, wywoływał zapewne Irkowy dobhar-chú – mała paskuda najwyraźniej szukała czegoś w przybrzeżnych krzakach. Zanim jednak nadarzyła się okazja, żeby to sprawdzić, ktoś podszedł i obserwacja stworzenia musiała zostać przełożona na bliżej nieokreślony termin. Ranald odszedł od brzegu jeziora w sam raz, żeby jeszcze mu buty nie przemokły od zbytniej wilgoci podłoża, tym samym kierując się w stronę, jak się okazało, Scotta.
- Feasgar mhath – przywitał się z synem, poprawiając torbę na ramieniu. Dało się słyszeć charakterystyczny dźwięk uderzenia szkła o szkło i pozostało mieć tylko nadzieję, że żadna z butelek jakoś szczególnie przez to nie ucierpiała.

_________________
Picie w pojedynkę jest jak sranie w towarzystwie
[You must be registered and logged in to see this image.]
Ring-ding didle iidle i de-o
Ring dye didley i oh~
avatar
Celt

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 171

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Szkocja on Pią Sty 09, 2015 5:33 pm

Gdyby ktoś mu powiedział, że jego ojciec wygląda od tyłu jak menel, nie uwierzyłby, póki by tego nie zobaczył. A teraz...zobaczył. Naprawdę zdziwił się kiedy dotarło do niego, że facet pochylający się w stronę jeziora to jego Stary. I co on tu w ogóle robił? Cian mu o takim gościu na ich małej imprezie nie wspominał. Scott miał jedynie nadzieję, że tatuś nie przyniósł ze sobą do picia powalającego na kolana trunku, bo wtedy nie dożyliby północy ci, którzy nie wiedzieliby co to jest i jak mocnego kopa to ma.
-Dadaidh, jak ja cię długo nie widziałem!-powiedział, szeroko się do mężczyzny uśmiechając, a nastęnie, uważając na butelki i swoje i drugiego rudego, przytulił go, klepiąc po plecach. Potem szybko się odsunął, bo co za dużo czułości to nie zdrowo, przynajmniej dla Scotta. O usmiechu lepiej nie wspominając, bo kto widział, żeby Szkot się uśmiechał na jego widok? Na pewno nie Arthur.
-Ty pewnie też na Sylwestra do Młodego, co? Skoro już się spotkaliśmy to możemy iść razem. -zaproponował, bo wypadało, a poza tym, że wypadało Celt był też jedyną osobą z rodziny, z którą Szkot zawsze lubił spędzać czas, do której miał większy szacunek i widział w nim autorytet, a oprócz tego rudzielec nie denerwował Scotta tak bardzo jak reszta tej przeklętej bandy.
-Tak w ogóle...co ty robiłeś w tych krzakach?-spytał po chwili, bardzo tego ciekawy. W końcu kto normalny zagląda do krzaków bez powodu...jeśli można nazwać któregoś z nich "normalnym".
avatar
Szkocja

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 16

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Czw Sty 15, 2015 10:40 am

A się chłopaczyna najadł, napił i nazwiedzał - aż prawie zapomniał w jakim celu tu przyjechał! Miasto mu się nawet podobało, było takie... inne. Zawsze fascynowało go jak Europejczycy potrafią mieszkać w takich 'śmiesznych, starych budynkach' i że się nie boją że zamieszają im jakieś duchy czy coś. Kiedyś nawet planował wycieczkę po tych większych miastach Europy ale skończyło się tylko na uwaleniu dupska w Londynie i wkurzaniu Anglika. A tak 'turystycznie' to mało stolic widział, coś tam mu czasem przemknął Paryż, czy 'inne takie duże i Francuskie' jak to określał. No i widział Berlin. Co prawda ów Berlin widział tak w '45, kiedy za bardzo reprezentacyjny on nie był, ale kto by się przejmował szczegółami. Widział? No widział! Dane mu też było zobaczyć Moskwę, jednak uznał, że stolica Rosji leży gdzieś w Azji, a dokładniej 'pośrodku cholernego zimna na Syberii' więc nie zaliczał tego do 'europejskiego miasta'. Tak czy inaczej skoro tak rzadko już zatrzymywał się w Europie w celach turystycznych (wpadnięcie z szefem na jakiś szczyt NATO czy innego badziewia i pokiwanie główką, że 'everything is okey' lub zmuszanie bogu ducha winnych Europejczyków do pomocy mu z terrorystami nie miało nic wspólnego z turystycznym pobytem) to czemu by tego nie wykorzystywać w 100%? Że niby tam gdzieś podobno-rodzina czeka z Sylwestrem? Ojtam, jest najmłodszy z rodziny, prawda (y... że niby jeszcze jest Irlandia?)? A najmłodszym się wybacza!
Zresztą nawet jeśli starał się za długo nie zwiedzać, to i tak jeszcze musiał wpaść na zakupy! Oczywiście już na samym początku miał chwilowe zawieszenie czy w Belfaście ma szukać 'shopping mall', 'shopping center' czy może jego ukochanego 'shopping CENTRE', jednak po dłuższym myśleniu (No co? Przecież to Amerykaniec!) uznał, że przecież google 'mówi' po amerykańsku i nie powinno to mieć różnicy (a jak!). Gdy jednak już odnalazł sklepy, pojawił się inny problem - co właściwie kupić? No i ile dokładnie będzie osób? Kupować coś dla każdego osobno, czy dla gospodarza a reszta o suchym gardle? A może prezent zbiorowy? Cholera, ostatni raz gdy był na jakimkolwiek rodzinnym spotkaniu to chyba jeszcze za czasów świętej pamięci Arthura-zdobywcy i wtedy był za młody aby go ktokolwiek oczekiwał od niego prezentów. Może powinien zadzwonić do Anglika i się go zapytać ile właściwie ma on rodzeństwa? Ale z drugiej strony jeśli ten zacznie się dopytywać po co młodemu taka informacja to jeszcze będzie chciał się zwalić im na głowę, nieee... Po co psuć sobie wieczór? W drodze do galerii spróbował w myślach na kilka razy przeliczyć ilość osób jakie pamięta, ale ciągle mu się nie zgadzało, więc gdy już trafił do wybranego miejsca uznał, że po prostu kupi prezent dla gospodarza ('...zaraz? Która to była Irlandia?'), a dla reszty będą jakieś 2-3 butelki whisky i każdy szczęśliwy! A jak każdy, to każdy, więc trzeba było zacząć od siebie i odwiedzenia sekcji restauracyjnej. Tam znowuż kontemplując nad jakąś kanapką uznał, że przecież ma być jeszcze jego brat, a czy Kanada by poszedł na alkohol to już nie był tego taki pewny. I tak oto jego lista zakupów uległa powiększeniu. Co prawda nie wiedział jeszcze co zakupi dla tego starszego w niedoli kontynentu amerykańskiego, jednak pomysł może mu wpaść w każdej chwili przy okazji zakupów!
Nie, nie wpadł. Alfred wyszedł ze sklepu obładowany słodyczami (na drogę!), jakimiś pierdołami pokroju konfetti (na cholerę konfetti dorosłemu facetowi?), sztucznymi ogniami ('bo czemu nie'?), fajerwerkami (były w promocji!) i alkoholem dla wujków. Co prawda siatki mu trochę ciążyły i były dość nieporadne, jednak uznał, że i tak będzie już się zbierać w stronę punktu docelowego, więc wytrzyma.
No właśnie - miejsce spotkania, gdzie ono w ogóle było? Wygrzebał telefon z zapisanym adresem i szybko przerzucił go do nawigacji... oczywiście zapominając, że jego nawigacja obsługuje tylko Amerykę Północną. Wiedzieliście, że w Stanach Zjednoczonych też jest Belfast? A właściwie to aż 10 Belfastów, rozrzuconych od Kalifornii aż po Nowy York! Co więcej, jeden Belfast mu nawet wyszukało w Kanadzie! I weź tu człowieku traf na miejsce!
Ale mówi się trudno, nie? Pozostała więc opcja numer 2. Że niby mapa google? Nie, nie i nie. Opcją numer dwa zawsze był, jest i będzie Kanada, bowiem jeśli Ame czegoś nie umie to najlepiej poprosić brata!
Tak czy inaczej uwalił siatki na jakiejś ławce i napisał sms do Kanady o treści 'Jak mam trafić na miejsce? Mam mały problem z nawigacją. I co byś chciał na święta? Btw, wiesz, że w Kanadzie jest Belfast? Czadowo, nie?'.
No nic, pozostaje czekać (i coś zjeść przy okazji!). Jak brat nie odpisze to może w końcu wpadnie na genialny pomysł użycia map google.


(Przepraszam, że mnie tyle nie było, ale się uczyłam na egzamin językowy. :c Swoją drogą pozdrawiam osoby, które nie przekazują informacji :I
Macie za to długi post i smsotyranie Kanady <3)

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Irlandia Północna on Sob Sty 31, 2015 12:16 am

Od razu przejął od Kanady tę butelkę, nie zerkając nawet zbyt dokładnie co to jest, bo mimo wszystko goście byli przez ten moment o wiele to ważniejsi.
- Dzięki... Matt. No oczywiście, że to ty, nie musiałeś nam przypominać, co nie~? - Starał się uśmiechnąć jak najbardziej szczerze i tak, by wcale nie było po nim widać, że pomimo swoich słów, miał przez ten moment spore wątpliwości. Mylenie Kanady z USA zaprawdę było ciekawym zjawiskiem, bo z której strony nie spojrzeć, już po zachowaniu faktycznie powinni dostrzec różnicę. Alfred na 100% nie byłby taki cichy. Co jednak zrobić, los lubił płatać figle-
- Aye, aye, już ty zadbasz by było o wiele to głośniej, ja o tym doskonale wiem, Man. - Zaśmiał się pod nosem, następnie udając, że wyjątkowo uważnie słucha nawijania brata o tym, jak to jednak miał pewne problemy, by tutaj dotrzeć. - I nic nie zrobiłem, nie moja wina, że tam u ciebie to jest tak dziwnie i bez ograniczeń. - Dodał, w międzyczasie zamykając za nimi drzwi i dopiero teraz przyglądając się butelce od Matthewa. A tu po chwili okazało się, że i Robart coś przytargał, jak miło! Nigdy za dużo alkoholu, już nieważne jakiego, narzekać też raczej nie zamierzał. To byłby zły znak na nowy rok, aye? Jakby stał się chociażby Arthurem.
Nikogo też chyba nie zdziwi, że temat trudów w podróży faktycznie został całkowicie zepchnięty na bok, gdy wskazywał swojej rodzince miejsce przy stole, by sobie odpoczęli, jeżeli mają na to ochotę. No i by Man odłożył te butelki na stół, nie ma co ich chować w torbie, skoro ładnie się prezentują.
- To teraz pytanie, kiedy przyjadą nasi staruszkowie i Alfred. - Pierwsze określenie odnosiło się naturalnie do Celta, a i Szkota, który młodością wcale nie grzeszył! I proszę, nawet nie wiedział, że jak na zawołanie pewien Amerykanin napisał do Kanady.


//Przepraszam za zwłokę, ale życie i nauka mnie dopadły i zjadły ; ; *Wymiętolone i wyplute*
avatar
Irlandia Północna

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 95

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Nie Lut 01, 2015 11:06 am

Kanada też nie miał pojęcia jakim cudem ich można nie rozróżnić, nawet jeśli Kanada zaczyna mówić.
-To tak dla pewności...-wyjaśnił cicho patrząc po obojgu. Słysząc informacje, że mają kolejną osobę, która kocha kaboomowanie, lekko się zląkł. Jeden Alfred to był niezły osesek, a jeśli do tego dojdzie jeszcze jeden, to będzie tu niezły pokaz pirotechniczny. Tak przynajmniej wywnioskował, a w duchu miał nadzieję, że karetki w Belfeście jeżdżą wystarczająco szybko, by zabrać dwie pozbawione palców nacje.
Nagle jego telefon zatrząsł się w ataku epilepsji, w jego kieszeni informując go, że dostał wiadomość. Zdumiony wyłuskał przedmiot z miejsca przebywania i odczytał wiadomość. Zastanowił się. Mógł oczywiście podać bratu współrzędne... tylko właśnie pytanie brzmi gdzie brat był.
-Chyba znalazłem tego drugiego.-poinformował oboje, wybierając numer. Informacje o Blefeście przyjął tylko ze wzruszeniem ramion. Koloniści nie wiadomo czemu lubili nadawać nowo odkrytym terenom nazwy swoich miejscowości. W końcu New York, to po prostu nowa wersja starego miasta, wokół którego lasach grasował słynny Robin Hood. Po chwili telefon Ameryki mógł poinformować swego pana o dochodzącym połączeniu.-Będę potrzebował twojej pomocy wu... Cian.-starał się nie nazywać wujkami swojej wyspiarskiej "rodziny". W końcu Anglia nie był jego ojcem tylko opiekunem. Jednak jakoś mu to weszło w krew i teraz ciężko było mu się przestawić.
-Gdzie jesteś?-walnął bez ogródek, nie bawiąc się w powitanie. Przy okazji włączył głośnik by Cian mógł zlokalizować brata i pomóc mu znaleźć drogę do domu... czy tylko Kanadzie skojarzyło się to z grą "Gąski, gąski do domu?" jeszcze tylko wilka brakuje.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Nie Lut 01, 2015 8:39 pm

Czy mu było trzeba przypominać, że to Kanada, a nie Ameryka? Proszę Was… No, może troszeczkę. Przecież nie widział ich na co dzień, a już nawet wyglądu Amerykańca za dobrze nie kojarzył. Usprawiedliwienie jakieś jest, to pewnie nie przejmie się za bardzo przy ewentualnej pomyłce.
Dobra, z narzekaniem mieli na razie spokój, bo Man się lekko zasapał, po tym wywodzie. Co nie było równoznaczne z tym, że będzie cicho. On i cisza? To jak ogień i woda, życie i śmierć, ying i yang… Ale wszyscy chyba załapali o co chodzi, prawda? Tej gęby na pięć minut nie można zamknąć. Jedynie w nocy da się, to jakoś ogarnąć. Jak śpi.
- Dziwnie? Przeto normalnie – machnął lekceważąco ręką na słowa brata. Bo jeszcze mu ograniczenia potrzebne. I marnować pieniądze na znaki drogowe z jakimiś głupimi cyferkami. No bezsensowność.
Jak tylko Cian zamknął drzwi, to Rob się rozpłaszczył, jak należało zrobić po wejściu do czyjegoś domu. Buty też zdjął, bo wydawało się niegrzeczne brudzić komuś podłogę buciorami, aye? Robyn rozejrzał się po domu. No właśnie. Butelki. Kiedy był już przy stole, sięgnął do torby i wyciągnął dwa trunki o miłym dla oka wyglądzie. Coś mu się wydawało, że tej nocy zniknie ze stołu cały alkohol. I sytuacja może być… Ciekawa. Uśmiechnął się tylko pod nosem, po czym rzucił torbę gdzieś-tam.
- Ten, staruszkowie? – podrapał się po głowie w zastanowieniu. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że Cianowi mogło chodzić też o Szkota. Fakt, młody to on nie był.
Przysłuchał się dokładnie rozmowie o Amerykę. Ha! Czyli nie tylko Rob miał problemy. To było bardzo… Budujące.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Celt on Pon Lut 02, 2015 11:11 pm

W sumie pewnie nie Scott jeden pomyliłby Celta z byle menelem, więc nie musiał się przejmować. No, chyba że ojciec dowiedziałby się jakimś cudem, za kogo go syn miał, to wtedy… mogłoby być nawet ciekawie. Ale wracając do tematu. Cian chyba nie o wszystkim musiał nawet bratu mówić, nie? A Ranald jakby się dowiedział, to i tak by sam tam do nich przyszedł, nawet nieproszony. Ot, żeby zrobić choćby na złość. Bo takie t rude i wredne. I jak to – nie przyniósł? Oczywiście, że przyniósł, no jakże to, żeby zabrakło Celtowego samogonu? Mowy nie ma, na pewno nie. I nie powiedziane, że każdy musi to pić… przed północą. Bo zawsze jeszcze można po, nie?
Zdziwił się na napad takiej czułości ze strony Szkota, bo tego to się po nim akurat nie spodziewał. Znaczy kiedyś, może i tak, ale obecnie? Chociaż Celt nie narzekał, poklepał go nawet lekko, póki jeszcze miał okazję, bo i sam do najbardziej wylewnych nie należał. Choć uśmiechnął się pod nosem na skierowane do siebie słowa. Och, więc nadal tak mówi? Jak miło…
- Skoro uważasz, że bez towarzystwa nie da rady, to mogę się zgodzić. Ale sam byś się chyba nie zgubił, co, Scottie? – Nie to, że był złośliwy… No, może odrobinę, tak troszeńkę. Po prostu chciał się podroczyć, dla sportu i zabicia czasu przed dotarciem do celu, jakim był dom Północy. – I coś ty taki ciekawski? Już nie mogę się rozejrzeć po okolicy? – Zerknął na syna i jednak postanowił mu powiedzieć, po kiego lazł w te bagna. – Pamiętasz, co Cian dostał ostatnio ode mnie w prezencie? Ta mała paskuda akurat się tu kręci, chciałem zobaczyć, jak się ma, tyle.
Swoją drogą... Szkot chyba ojcu nadal był winien obiecany prezent, co?

_________________
Picie w pojedynkę jest jak sranie w towarzystwie
[You must be registered and logged in to see this image.]
Ring-ding didle iidle i de-o
Ring dye didley i oh~
avatar
Celt

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 171

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Szkocja on Pon Lut 23, 2015 6:41 pm

Ciekawy był, bo może trzeba już ojca wysłać na leczenie? Kto wie co chciał robić w krzakach, nawet oni na starość głupieją jeszcze bardziej. Jednakże, skoro sprawa się wyjaśniła, Scott mógł odetchnąć z ulgą i nie przejmować się wchodzeniem ojca tam gdzie zwykła osoba by nie weszła.
-Rozumiem. No, ojciec, na pogadanki mamy jeszcze dużo czasu, a do młodego czas ruszać, bo nigdy tam nie dojdziemy.-klepnął starego wojownika w plecy i ruszył niezbyt szybkim krokiem w stronę domu Ciana. Nie wiedział tak właściwie kogo się tam spodziewać, bo prawdą jest, że nie wiadomo dokładnie mu było kogo Północ mial zamiar zaprosić. A nóż widelec w ostatniej chwili pojawi się Arcio i spieprzy mu cały wieczór, a nawet i noc? Albo ktoś gorszy. Szkot miał jednak nadzieję w tej chwili, że nie będzie musiał rzucać w nikogo krzesłem ani ścinać drzewa pięściami dla relaksu na dworze. A gdyby tylko wiedział, że Celt się pojawi na "imprezie" to by prezent dla ojczulka zabrał, a jakże! W końcu nie ważne gdzie się spotkają, jak bardzo prezent może ucierpieć przez pijanych Brytoli, podarunek to podarunek.
avatar
Szkocja

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 16

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Wto Lut 24, 2015 1:48 am

Odłożył telefon na bok i zajął się oglądaniem przechodniów. Tak, ambitne zajęcie, ale co innego mógł robić czekając na odpowiedź? Bieganie po mieście już go szczerze mówiąc znudziło, nie ma co ukrywać, chciałby już być na miejscu.
Akurat oglądał się za jakąś panną jak usłyszał znajomą melodyjkę, jakiś typowy pop słuchany przez nastolatki w kraju zwanym Ameryką.. znaczy USA! Pokiwał lekko głową i zanucił melodie która dobiegała jego uszu.
...I dopiero po kilku dobrych sekundach zorientował się, że owe dźwięki nie pochodziły z powietrza jak to na początku jego mózg zarejestrował, ale dobiegały z telefonu. Zaraz chwycił więc aparat i mruknął coś pod nosem widząc na telefonie zdjęcie brata. Oh, czyli Kanada mu pomoże! Jest uratowany!
-No hej.
Matt się w powitania nie bawi, a Alfred wręcz przeciwnie! Przecież mamy czas, gdzie nam się spieszy, co?
-Yy.. Dobre pytanie bro. -Rozejrzał się na boki. -Kupiłem trochę prezentów, dla Ciebie też coś znajdę.
Że niby zmienił temat? Że olał najważniejszą sprawę jaką jest dotarcie na miejsce? Przecież to można później załatwić, pamiętajmy -> mamy czas!
-Doszedł mój sms? -Nie, wcale nie doszedł, Kanada tak o sam z siebie zadzwonił i się zapytał o położenie geograficzne Alfreda -Mhm, troszkę się pogubiłem w Belfaście, jednak dawno w Europie nie byłem. Może zrobimy kiedyś sobie wycieczkę po Europie, co? Anglia, Francja, te klimaty, weźmiemy Eda, on też podobno kogoś tutaj ma.. Mhm, właściwie to czemu razem nie polecieliśmy, mogłeś się zabrać ze mną samolotem. -Bo to takie logiczne, że Kanada chciałby zapieprzać do Nowego Yorku aby potem przeżyć kilkunastogodzinny lot z ukochanym braciszkiem! -Zabrakło nam orzeszków, ale jedna ze stewardes była niezła, mówię ci.. Wymiary idealne, blondynka, zielone oczy, piersi jak marzeń... -Urwał. Akurat jakaś starsza pani obok niego przeszła. Nie, nie będzie deprawować staruszki piersiami stewardesy, aż tak źle z nim nie jest! -..kh. Jesteś już na miejscu? Są inni, bo ten, nie chciałbym być ostatnim, taki trochę przypał. I kto tam w ogóle ma być? Znasz kogoś z rodziny? Bo ja tak przez mgłę.. Wiem, że jest tam Szkot, to ten rudy, nie? -Szkota będzie rozróżniać po tym, że jest rudy, tak. Zdaje się, że to będzie ciekawe rodzinne spotkanie. -Ty, w sumie możesz im porobić zdjęcia, podpisać i mi wysłać? Nauczę się w drodze. Jak nie da rady to spoko, napiszę do Arthura. -Ależ to takie oczywiste, że Anglik będzie mieć na komórce zdjęcia swoich braci i z rozkoszą wyśle je podpisane Amerysiowi! Ktoś śmiałby wątpić -Ale lepiej Ty wyślij, on ma ostatnio jakiś zespół okresowy męski. Jak PMS tylko u facetów i bez krwawienia. W sumie wyobrażasz sobie, co byłoby, gdyby Arthur był kobietą? Co miesiąc horror i katastrofa. Chodź w sumie z nim katastrofa jest codziennie... Oh, ale nie ma tam Arthura, tak? Jak jest to go pozdrów, cholera... Ale lepiej, żeby go nie było, może jak dojadę to już wyleci przez okno czy coś? -Tak, najlepiej na miotle. Oh Alfie, Alfie.. -Yh, nieważne, powiedz mi jak tam trafić.
Alfred mógłby jeszcze długo prowadzić monolog głośnego człowieka, jednak od stania na powietrzu odrobinę mu się zimno zrobiło, więc tak drodzy czytelnicy - oto nadeszła właściwa pora aby przejść do sedna sprawy!
-...Bo tak właśnie jestem w Belfaście i nie do końca wiem jak dalej jechać. Nie mógłby ktoś po mnie wyskoczyć, czy coś? Albo podaj adres, do googli wrzucę. ALE PODWÓZKA BYŁABY LEPSZA. Dojeżdżają tam taksówki?

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Irlandia Północna on Sob Mar 14, 2015 12:27 am

Lepiej niech Matt nie wnika, bo jeszcze dojdzie do jakiś krzywdzących wniosków czy coś podobnego!
- Aye, aye, ale naprawdę nie trzeba było! - Zapewnił Kanadyjczyka, w duchu nawet przepraszając, że mimo wszystko przez moment miał te wątpliwości. Musi kiedyś coś z tym zrobić, a że zbliżał się Nowy Rok, to chyba będzie to dobre postanowienie noworoczne. "Przestanę mylić Kanadę z USA", no czyż nie brzmiało to pięknie?
- I nie, Robart, ograniczenia są normalne i występują prawie wszędzie. Tylko tam u ciebie coś zaszaleli~ - Parsknął śmiechem, uważnie się tym butelkom przyglądając i najwyraźniej porzucając już ten temat, bo kto by chciał o tym dłużej rozmawiać. Były ważniejsze sprawy, jak chociażby ogarnięcie, ile to już mają na dziś alkoholu. Zapowiadał się doprawdy ciekawy wieczór.
- Tak, chyba wiesz o kogo chodzi. - Popatrzył na rudzielca wymownie, no bo nie wierzył, by ten nie skojarzył. Jednocześnie przeniósł spojrzenie na zajętego rozmową Matta, jak się okazało, z Alfredem, który gdzieś się zgubił.
- Nie ma sprawy, możesz na mnie liczyć. - Odpowiedział automatycznie, początkowo nie mając pojęcia o co tak właściwie chodzi. Skoro jednak był tutaj gospodarzem, to musiał sobie jakoś poradzić, aye? Poza tym, szybko się zorientował, że ktoś się zagubił i trzeba jakoś tutaj Amerykanina sprowadzić. Nie wiedząc czemu, od razu zmienił zdanie jakoby to miało być czymś łatwym.
I wcale się nie mylił.
- Al, do rzeczy. - Zapewne nawet nie wysłuchał do końca tych opowieści, bo szkoda było mu czasu. Już nie mówiąc, że całego dnia na coś takiego nie mają i potem ten może je opowiadać, ale jak już znajdzie się w jego domu i zaczną pić! Na trzeźwo woli nie słyszeć o jakiś zdjęciach, Arthurze, który byłby kobietą i innych takich. - Na pewno dojeżdżają, więc po prostu złap jakąś, aye? - I tutaj zaczął zapewne tłumaczyć Alfredowi co i jak, jednocześnie podając adres, na który powinien przyjechać. Dodając również, że wyśle mu go smsem. Na wszelki wypadek, bo do niego to ma ograniczone zaufanie. Zapewne coś by po drodze pomylił.
avatar
Irlandia Północna

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 95

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Sob Mar 14, 2015 3:17 pm

Przejechał dłonią po twarzy i ucieszył się, gdy Irlandczyk przejął za niego rozmowę z tym urwisem. Znów pomyślał o swoim niedźwiadku, z lekkim rozczuleniem. Zaczęło mu go znowu brakować.
-Myślę, że teraz trafisz.-rzucił tylko, gdy odzyskał telefon i rozłączył się. Wiadomość z informacją, ile wydał na te pogaduszki sprawiła, że cicho zaklął. Dużo sobie życzą psiakrewy na obczyźnie.
-Dobrze, że mu wyjaśniłeś.-dodał.-Ja bym go pewnie nie przegadał, a tylko zgubił się w labiryntach jego gadulstwa.- podrapał się po brodzie zastanawiając, czy przypadkiem nie powinien już przywyknąć do takiego, a nie innego brata.

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Gość on Sob Kwi 04, 2015 4:35 pm

A, to Scottie będzie miał bardzo miłą niespodziankę, kiedy zobaczy swojego najukochańszego brata… No dobra, może niespodzianka nie będzie miła. I nie będzie zawierać czegoś takiego jak „najukochańszy brat”. Bynajmniej tym bratem nie był Man. Ale pomyślmy pozytywnie, lepszy on, niż Arthur. Lepszy każdy niż Arthur… Lepszy Hitler tańczący cumbie z wiankiem na głowie niż- Każdy zrozumiał, aye? A może się przy alkoholu jakoś dogadają i nie będzie zbędnych nieporozumień? I może Scott zignoruje zachowanie Robyna? To było całkiem miłą opcją.
- No wiesz, staruszków w tej rodzinie mamy od groma – uśmiechnął się pokazując ząbki.
Wracając do zaistniałej sytuacji. Cian se rozmawia z Amerykańcem, Kanada jakoś tam jeszcze ogarnia coś. A on? Ma stać i nic nie robić? To się chociaż rozejrzał po domu, znowu zatrzymując wzrok na stole.
- Pomóc ci coś jeszcze donieść, Cian? – A zapytał, bo może brat potrzebował pomocy jakiejś. I miły chciał być jak Północ ich tak ładnie zaprosił~

Gość
Gość


Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Celt on Pon Kwi 06, 2015 6:05 pm

Nie, leczyć go jeszcze nie trzeba było. Jeszcze. Ale czas pokaże, jak to się skończy w tej przyszłości. Póki co Celt postanowił nie wnikać już w temat, bo Szkot i tak pewnie by go nie słuchał, choćby udawał że to robi. A skoro faktycznie się już Ranald wytłumaczył… to i sprawa była zamknięta. Może jeszcze kiedyś do niej wróci, w każdym razie na pewno nie teraz.
- Fakt, pewnie wszyscy już są, tylko nas tam jeszcze brakuje. – Cóż, za bardzo się nie mylił, ale to były tylko jego przypuszczenia. Że połowicznie zgodne z prawdą, to już inna bajka.
Po krótkim zastanowieniu poszedł za Scottem, bo i ciemno, zimno i do domu Ciana był kawałek. Do parunastu metrów, ale zawsze. Już miał jeszcze syna zaczepić i w sumie zapytać, co tam u niego ostatnio słychać, ale zrezygnował. Zdąży… Co prawda Celt do cierpliwych nie należał, ale się przemęczy. Grunt że w końcu jednak udało im się dotrzeć pod drzwi domu Północy. Zapukał i po prostu czekał, aż ktoś im tam otworzy. W międzyczasie poprawił znów torbę na ramieniu – nie chciał uszkodzić zawartości, a tak na pewno by było, gdyby cała torba wylądowała na ziemi. Szkoda by było, jednym słowem. Tak z miesiąc pracy w plecy, co najmniej.


/Wyrzucam Ala, bo dostałam pozwolenie/
Co się tyczy Alfreda – zanim zdążył przyjechać, wysłał Kanadzie smsa, że jednak zawołano go do podobno wyjątkowo pilnej sprawy. Równie dobrze mogło chodzić o spędzenie Sylwestra zwyczajnie we własnym kraju, ale o co dokładnie chodzi, nie wiadomo. Tak czy inaczej Ala w Belfaście się tego dnia nie uświadczy.

_________________
Picie w pojedynkę jest jak sranie w towarzystwie
[You must be registered and logged in to see this image.]
Ring-ding didle iidle i de-o
Ring dye didley i oh~
avatar
Celt

Rodzina : Brytyjczycy
Liczba postów : 171

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Gdzieś w Belfascie

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach